Leśny portal informacyjny - Lasy polskie Forum dyskusyjne
nie tylko o lasach, nie tylko dla leśników

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
Piknik na skraju poligonu, czyli wycieczki pod Kaliningradem
Autor Wiadomość
Piotrek 
Admin
Stara Pierdoła (i gaduła?)



Pomógł: 364 razy
Wiek: 61
Dołączył: 27 Maj 2005
Posty: 67708
Skąd: ze wsząd
Wysłany: 2017-07-07, 12:45   

buba napisał/a:
Ciekawe czy rzeczywiscie takowy obrazek istniał czy ktos dowiesil go tu potajemnie dla draki ;)
Istniał. I cytowane na nim zdanie, rzeczywiście pochodzi z przemówienia Stalina. :)
buba napisał/a:
Czyli w momencie wykonania zdjecia miasto bylo jeszcze niemieckie?? Albo przez jakis czas po wojnie byla jeszcze uzywana ta nazwa?
Do 4 czerwca 1946 używano nazwy niemieckiej Königsberg (ros. Кёнигсберг). Nazwę zmieniono na cześć Michaiła Kalinina, który dzień wcześniej zmarł w Moskwie.
Ci żołnierze wracają do Związku Radzieckiego po zdobyciu miasta w dniu 9 kwietnia 1945. Było to zwycięstwo okupione całkowitym zniszczeniem miasta i śmiercią blisko 100 tys. cywilów. Na skutek zniszczeń wojennych i trwającej później planowej degradacji substancji miasta (chodziło o wykorzenienie śladów niemieckości) do dzisiejszych czasów nie zachowało się zbyt wiele zabytków a miasto w niczym nie przypomina historycznego Królewca.
buba napisał/a:
Czy wnetrza fabryki czołgów
Opancerzonych dział samobieżnych. Czołgi mają ruchomą, obrotową wieżę...
buba napisał/a:
co slychac nad morzem. Tym otwartym a nie młakowatymi zalewami
No ciekaw jestem, bo "otwarte morze" w okolicach Kaliningradu to dopiero obszar na północ i północny wschód od miejscowości Majak (ros. Маяк). :)
_________________
Są rzeczy, których nie ma.
***Unless otherwise stated, my posts are my opinion, not official***
No trees were killed in the sending of this message, but a large number of electrons were terribly inconvenienced.


 
 
Piotrek 
Admin
Stara Pierdoła (i gaduła?)



Pomógł: 364 razy
Wiek: 61
Dołączył: 27 Maj 2005
Posty: 67708
Skąd: ze wsząd
Wysłany: 2017-07-12, 10:00   

Jakby podobna, no nie?

Cejrowski z....jpg
Plik ściągnięto 23 raz(y) 93,21 KB

_________________
Są rzeczy, których nie ma.
***Unless otherwise stated, my posts are my opinion, not official***
No trees were killed in the sending of this message, but a large number of electrons were terribly inconvenienced.


 
 
browar 
Robotnik leśny
prowidnyk chaszczowy


Pomógł: 4 razy
Dołączył: 12 Lip 2011
Posty: 148
Skąd: Kraków
Wysłany: 2017-07-12, 17:09   

Piotrek napisał/a:
Jakby podobna, no nie?
Do kogo?
 
 
Sten 
Premier
Arcy Pierdoła



Pomógł: 471 razy
Wiek: 56
Dołączył: 13 Gru 2007
Posty: 109130
Skąd: Łuh
Wysłany: 2017-07-12, 17:20   

Chyba tylko z warkoczy ...
_________________
"Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było."

"Życie jest zbyt krótkie, by pić kiepskie piwo!" - Tomek Kopyra
Beer-o-pedia - Encyklopedia piwa
 
 
buba 
Leśniczy



Dołączyła: 18 Lis 2013
Posty: 831
Wysłany: 2017-07-13, 14:15   

Piotrek napisał/a:
Do 4 czerwca 1946 używano nazwy niemieckiej Königsberg (ros. Кёнигсберг). Nazwę zmieniono na cześć Michaiła Kalinina, który dzień wcześniej zmarł w Moskwie.
Ci żołnierze wracają do Związku Radzieckiego po zdobyciu miasta w dniu 9 kwietnia 1945.


A to wszystko jasne! teraz pasuje!

Piotrek napisał/a:
Opancerzonych dział samobieżnych. Czołgi mają ruchomą, obrotową wieżę...


ja to sie w tym tak dokladnie nie łapie... :oops:

Piotrek napisał/a:
No ciekaw jestem, bo "otwarte morze" w okolicach Kaliningradu to dopiero obszar na północ i północny wschód od miejscowości Majak (ros. Маяк).


No wlasnie tam! :mg:

Piotrek napisał/a:
Jakby podobna, no nie?


Kiedys mialam podobny kapelusz ale mi wpadł do ogniska i spłonal... :(
 
 
buba 
Leśniczy



Dołączyła: 18 Lis 2013
Posty: 831
Wysłany: 2017-07-13, 14:16   

Jedziemy ku morzu. Swietlogorsk mijamy, wydaje nam sie zbyt duzy i tłoczny aby w takim miejscu patrzec za noclegiem. Co to znaczy slowo “tłum” w tym miejscu to sie dowiemy dopiero w sobote gdy bedziemy wracac ;) )

Kolejną miejscowoscią jest Primorie i tu rzuca sie nam w oczy podrdzewiały szyld turbazy “Aist”. Droge w ktoryms momencie przegradza lekko zwichrowany bocian. Juz wiemy, ze chcemy tu spac!





Do bazy prowadzi droga najpierw gruntowa a potem przechodzaca w betonowe płyty. Wyjezdzajac prawie wpadamy tu busiem do studzienki tzn najezdzamy na pokrywe, ktora sie czesciowo zapada ;)





Turbaza jest obecnie w remoncie. Nie działała kilka lat. Byla w posiadaniu jakiegos szemranego goscia z Azerbejdzanu, ktory nie dbał o domki, dachy zaczeły przeciekac, łózka zgniły. Poki co wiec na terenie sa dwie babki i dwoch facetow, ktorzy malują domki, zbijają meble, noszą deski. Za jakies 2 tygodnie ma byc juz otwarte dla turystow. Kiedy przybywamy ekipa akurat odpoczywa po dniu pracy biesiadujac za poddrzewnym stołem. Udaje sie jednak dogadac, zeby tu zostac. Obiecują przygotowac nam domek- bedzie gotowy za dwie godziny. Mowimy, ze nam nie trzeba mebli, poscieli - mozemy spac na dechach na podlodze albo w busiu. Oni jednak nie chca o tym slyszec- obiecują poznosic meble, firanki, a nawet grzejnik coby kabaczę nie zmarzło w nocy.







Co jest bardzo fajne i pierwszy raz na cos takiego trafilismy- w małym drewnianym domku mamy grubasny, mieciutki dywan! Od razu jakos tak przytulniej! Dywan to podstawa! W busiu tez mamy dywan! :D

Jeden z bazowych facetow idzie nas zaprowadzic na plaże. Jest ona niby zaraz za turbaza ale tam jest urwisko wiec trzeba isc naokolo. Gość prowadzi nas wąwozem porosłym solidnym chaszczem. Smagające po twarzy zarośla zrywają mu okulary i nie moze ich znalezc, a nas tymczasem komary pożeraja żywcem. Mozna rowniez dotrzec nad morze przez miejscowosc (co w kolejnych razach czynimy) a to byl tylko taki skrót :)

Na plazy kręci sie troche ludzi- ale jakze jest to inny klimat niz np. na polskim wybrzezu! Stoją namioty na piasku, zaraz obok płoną ogniska. Sporo ludzi zjezdza na plaze samochodami ale tylko terenowki. Pytalismy kilka osob to zgodnie stwierdzili, ze busio zakopie sie na bank a potem to nawet zaden traktor go nie wyrwie, trzeba by czołg z jednostki sciągac! (znaczy byly takie przypadki? Byc holowanym przez czołg to by byla przygoda! Tylko toperz powtarza: “Nie buba- busio zostaje pod turbazą!”.

I ta Rosja to ponoc kraj bez wolnosci, zniewolony w kazdej dziedzinie, z uciemiężonymi obywatelami? Sprobowal by ktos nad polskim Bałtykiem postawic na plazy namiot i o zgrozo zapalic przed nim ognisko! Ciekawe za ile minut by go zgarneli bo nie wolno i zaraz jakis uczynny by doniósł odpowiednim słuzbom? No coz.. Tego sie nie spodziewalam, ze znad kaliningradzkiego wybrzeza powieje taki wiatr wolnosci! Miłe zaskoczenie! Dzis juz nam sie nie chce- ale jutro robimy wielkie plazowe ognicho!!!!!!!!









Wiekszosc okolicznego brzegu to wysokie, gliniaste klify o barwie pomaranczowej.







Skarpy, podobnie jak nad zalewem, zamieszkuje ptactwo! Duuuzo ptactwa! ich kwik niesie sie po calej okolicy i miesza z szumem fal..



A tu splywa jakis błotnisty potoczek



Plaże sa przewaznie piaszczyste, ale elementu kamienistego jest tez calkiem sporo.





Oczy czy cycki?



Nad naszymi glowami non stop lataja dzis helikoptery, duze, tłuste, z gwiazdą na brzuchu. Sa rozne modele ale łączy je jedno- z boków mają jakies wielkie tuleje- rakiety, armaty- szlag wie co to jest. Z przodu mają jakby “wąsy” przez co kojarzą mi sie troche z sumami. (tak wiem- sumy nie latają ;) ) Co chwile powietrze wypełnia warkot smigieł a brzuchy gigantow prawie ocierają sie o drzewa. Nigdy wczesniej nie widzialam helikopterow z tak bliska, jeszcze takich bojowych. Ręka co chwile mimowolnie siega w strone aparatu. Udaje mi sie oprzec pokusie, ale łatwo nie jest.. Nie mam pojecia czy robienie tu takich zdjec grozi jakimis problemami czy nie. Ale wole nie ryzykowac. Ludzie na plazy nawet wzroku nie podnoszą- widac dzien jak codzien…

Wracajac zaglądamy do lokalnych sklepow. W jednym z nich trafiam na dosyc niesympatyczna sytuacje. Babka sprzedajaca gdy zauwaza we mnie obcokrajowca- nie chce mnie obsluzyc. Gdy stoje przy jednej kasie to ona idzie do drugiej. Uznalam, ze moze ta zostala zamknieta- przenosze sie tam. A ta małpa wraca spowrotem do tej pierwszej. Pytam czy ta kasa jest zamknieta a ona tylko wzrusza ramionami twierdzac, ze nie rozumie. Niestety- nie potrafie sie wykłócic albo kogos opierdolic z góry na dół. Nie wiem czy sa takie tematyczne kursy jezykowe- jak sie kłócic i jak kogos zwyzywac. Na szczescie moje niesmiałe proby zwrócenia na siebie uwagi przynoszą skutek- przychodzi druga kobita, chyba kierowniczka i robi robote za mnie. Tak wiem- powinnam notowac jej monolog, ale chyba z połowy niestety nie zrozumiałam. Na koniec bierze tamtą za fraki i wywala na zaplecze. Sama sprzedaje mi co trzeba i bardzo przeprasza w imieniu obslugi sklepu. Coz.. ale niesmak troche pozostal. I chec nauczenia sie radzenia sobie w takich sytuacjach.

Gdy siedzimy pod drugim sklepem to zajezdza "sowiecki kiełbasowóz". Jak to tradycja łączy sie z nowoczesnoscią ;)



Wracamy na baze. Babki opowiadają jak to w latach 90 tych duzo bywaly w Polsce bo zajmowaly sie handlem, stadion w Warszawie i te klimaty. Calkiem duzo po polsku sie wtedy nauczyly i niektore slowa bardzo je śmieszyly np. samochód- ze sam chodzi, a przeciez nie chodzi a jezdzi!

Jeden z bazowych facetow, opowiada jak sluzyl w wojsku w Sulęcinie 40 lat temu. Oni mieli tam placowke, a Polacy w Wędrzynie. Kiedys ich pluton w ramach jakiejs nagrody czy bratania sie zostal na dwa tygodnie oddelegowany do Wędrzyna, do polskiej kompanii. I tam ich zatkalo jak polscy zolnierze dobrze jedzą! Duzo, roznorodnie a do obiadu byly nawet winogrona! Wszyscy bardzo sie dziwili, ze cala Polska nie garnie sie do woja na wyscigi- za takie zarcie! Potem dlugo jeszcze wspominali i narzekali na swoich kucharzy. Skadinad bardzo ciekawe czy naprawde byly to prawdziwe posiłki standardowej polskiej kompanii- czy bylo to na pokaz?

Nawraca tez bardzo wspolczesny temat czyli zlikwidowania małego ruchu granicznego. Ekipa akurat nie zajmowala sie teraz handlem- ale jezdzili do Braniewa do dentysty. Ponoc lepiej i taniej niz u nich. Sporo ludzi z okolicy odwiedzało tez w Polsce fryzjerow i kosmetyczki. Ale politycy mają manie przesladowcze a zwyklych ludzi gleboko w dupie. Wiec juz nie zarobi ani dentysta ani fryzjer z Braniewa, drobne przedsiebiorstwa na pograniczu nie beda sie rozwijac, a turysta nie pojedzie tanio i latwo. Bo tak! No coz, my mozemy jedynie wspolnie ponarzekac...

Potem pytaja nas o nasze imiona. Toperz mowi ze Jan. Od razu wszyscy podłapują- oooo to jak Jan Kos! Z “czterech tankistow i sobaka”. “U was ten film tez byl taki znany? U nas wszyscy zesmy go ogladali! Ech… film z czasow gdysmy sie jeszcze ze soba przyjaznili…” Trudne sa takie rozmowy. Ale czesto na nie schodzi. Nie ma innej opcji aby nie przewinal sie choc raz. Tu na szczescie mamy do czynienia z kulturalnymi i wywazonymi ludzmi, ktorzy chetnie wysluchuja racji roznych stron.

Co chwile musimy przerywac rozmowe bo przelatują helikoptery i tak warczą, ze zagluszaja nasze glosy. Potem po zmroku latające maszyny cichną ale za to gdzies calkiem niedaleko rozlegaja sie strzały i wybuchy. Raz to az zadzwięczaly szyby i tylko patrzylam kiedy wypadną. Jakis spory poligon musi byc bardzo nieopodal.

Jedna z babek, Elena, bardzo nam poleca plaze w Bałtijsku i wycieczki promem na kose, gdzie sa jakies stargane szormami bunkry i kamienny las . Mowie, ze slyszalam ze obcokrajowcy nie sa tam mile widziani i potrzebują przepustek. Ona smieje sie, ze widocznie rowniez byla tam nielegalnie- bo poki co nie udalo jej sie zdobyc obywatelstwa. Jej historia jest bardzo typowa, setki jest takich zyciorysow pisanych przez kalke na terenach calego bylego sajuza. Pani Elena pochodzi z Uzbekistanu, gdzie jej rodzice osiedlili sie w latach 50tych, niekoniecznie z wlasnej woli. Dostali tam przydzial pracy a czasy byly takie, ze odmówic nie wypadało ;) Żylo sie w miare do lat 90 tych, gdy sajuz sie rozpadl a uzbeccy Rosjanie nagle znalezli sie w obcym i dosc nieprzychylnym im kraju. Okazalo sie, ze i o prace trudno i sa obywatelami drugiej kategorii. Sasiedzi, przyjaciele, kto tylko mogl to wyjezdzal. Mąż pani Eleny byl Niemcem (tez urodznym w Uzbekistanie), wiec corka dostala po nim niemieckie obywatelstwo i wyjechala w okolice Hamburga. Gdy maz zmarł Elena postanowila osiedlic sie gdzie blizej corki i jakos bardziej “u siebie”. Padło wiec na Kaliningrad i tu zaczely sie schody… Przez lata miala szanse jedynie na pobyt czasowy, koniecznosc udokumentowania legalnej pracy, ciagle wisialo nad nią widmo deportacji. Jednoczesnie do obwodu kaliningradzkiego przyjezdza mase Kazachów, ktorzy ani nie znaja jezyka, ani nie maja checi do pracy. Ale im wolno. Bo Kazachstan jest z Rosja w unii a Uzbekistan nie.. Wiec Elena, ktora sie czuje Rosjanka, ma pod gorke a w roznych urzedach migracyjnych Kazachowie smieja jej sie w twarz. Tu w rozmowe włącza sie reszta ekipy bazowej: “Bo “czarnym” zawsze latwiej, bo politycy ich promuja! Czy na wschodzie czy na zachodzie- jest tak samo. Mozesz nie miec dokumentow, mozesz nie znac jezyka, mozesz nie chciec pracowac- ale jak masz czarna gębe i wyznajesz jedyna sluzsza religie to jestes wszedzie promowany. U was w eurosajuzie jest podobnie, nie? Acz ponoc Polska i kilka innych okolicznych krajow pokazala tej modzie i tendencji srodkowy palec! Brawo wy!!”

We wrzesniu ma sie wszystko zmienic i Elena dostanie w koncu swoje upragnione obywatelstwo. Wtedy moze tez zaczac procedure sciagania do siebie corki, ktora stracila serce do Niemiec od kiedy zostala pobita w swoim miasteczku przez owych “czarnych”, ktorych temat dosyc czesto przewija sie w roznych rozmowach podczas calego naszego pobytu w obwodzie.

Tak sobie gawędzimy nieraz gdy gdzies spotkamy sie w przelocie. Bo glownie cala bazowa ekipa zajmuje sie pracą - staraja sie aby na lipiec baza byla juz gotowa na przyjecie turystow. Mają juz kilka rezerwacji- tu ktos na tydzien, tu 6 osobowa rodzina na miesiac. Tak jak zwykle wiekszosc wspolczesnych remontow napawa mnie odrazą i obrzydzeniem- tutaj odbudowa tej bazy bardzo cieszy! Fajnie, ze domki sie nie zawalą i nadal beda sluzyc zwyklym ludziom. Bo tu wciaz remont oznacza przywrocenie uzytecznosci a nie zabijanie klimatu i stylizowanie na sterylne laboratorium. W bazie malują domki, naprawiaja połamane schodki, wstawiaja nowe łozka w miejsce starych, ktore zgnily. U nas zaczeli by od wyciecia wszystkich drzew i koszenia trawy co drugi dzien, aby zabic kwiaty i zioła. Tu kwiatki zaglądają mi calymi kisciami do polowej umywalni gdy robie wielkie pranie!!! :)





Dzis idziemy na spacer wybrzezem w strone Majaka. Mijamy pobliskie miłe i piaszczyste plaże pod stromymi klifami. Kierujemy sie w strone przystani. Brzeg pokrywa sie tu strasznym szlamem. Jakies połączenie blota, wodorostow i czegos co mocno zapodaje aromatem zdechlej ryby. Chyba rybacy wywalaja tu jakies odpadki, przynajmniej jeden widzialam ze patroszy i płucze w morzu swoja zdobycz. A flaczki osiadaja na wodorostach i grzeją sie do slonca. Momentami musimy przyspieszyc kroku bo zapach az dusi!





Kręci sie tu sporo łódek, pontonow a kawalek dalej zatrzymala sie ekipa płetwonurkow. Mają dziwne maszynerie, ktora wciaga ich pod wode.







Jest tez troche plazujacych ale to raczej pikniki. Nikt sie nie kąpie, czasem ktos zanurzy stope, czasem wiecej ale szybko ucieka na brzeg z kwikiem. Toperz jest jednym sposrod trzech odwaznych, ale kąpiel trwa baaardzo krotko. Woda ma ponoc temperature gorskiego strumienia wczesna wiosną ;)



Dalej znikaja plazowicze i rybacy, od czasu do czasu stoi tylko zaparkowane jakies auto. Plaża i skarpy sa tu solidnie przekopane, nieraz chyba dosc ciezkim sprzetem. Wsrod zwałow piachu wystepują malutkie jeziorka, o dosc regularnych ksztaltach. Odplywy zamulonej wody sa powzmacniane deseczkami. Jak sie potem dowiadujemy od miejscowych sa to najprawdopodobniej dzikie kopalnie bursztynu, ktorych jest sporo w calym obwodzie i lepiej sie tam nie kręcic bo "opiekunowie" nie zawsze sa mili i goscinni.









Po piachu łazi bardzo duzo takowych chrząszczy. Ptactwo ze skarpowych dziupli bardzo sie z tego cieszy!



Wracamy na ta czesc plazy ktora podobala nam sie najbardziej- obfitą w drewno, miejsca biwakowe na czystym piasku i bez rybnego szlamu. Tam zapodajemy ognicho.











Gdy zbieramy opał wołaja nas chlopaki z rozstawionego nieopodal namiotu. Sierioża i Artiom biwakuja tu od kilku dni. Dają nam fajne suche szczapy na ognisko, ktore przywiezli ze sobą.



Jezdza rowerami po calym wybrzezu. Mowia, ze najladniej jest na Kurskiej Kosie, ale tam jest rezerwat wiec z biwakami jest gorzej- trzeba sie ukrywac. Tydzien temu rozbili tam namiot w osłonietym miejscu, zapalili ognisko dopiero po zmroku. Mimo to o 2 w nocy nakryl ich straznik i pogonił. Obyło sie bez mandatu ale sie nie wyspali. Reszte nocy dospali w wiacie przy parkingu. Nad zalewami zjadły ich komary i jeden z nich dostał sraczki jak umył zęby wodą z zalewu. (jak mu wogole moglo to wpasc do glowy????). Za Bałtijskiem palili ognisko w ruinach nadbrzeznego fortu a w nocy zolnierze przyniesli im samogon i dali postrzelac z automatu. Ponizej zdjecia tego miejsca znalezione w necie- z googlemapsa i stronki urban3.ru:







Nie moge sobie wybaczyc, ze tam nie pojechalismy (bo ponoc Bałtijsk juz nie jest zamkniety i teoretycznie wolno sie tam krecic). Acz kto wie? Moze dla obcokrajowcow zolnierze nie byliby tak mili jak dla swoich?

Sierioża z Artiomem bardzo zazdroszcza nam, ze mieszkamy w Polsce. Bo u nas sa gory! A oni bardzo kochają gorskie wedrowki. A mają je tak daleko, ze bywaja raz na kilka lat… W tym roku np. jadą do Gruzji we wrzesniu i juz teraz skaliste szczyty snią im sie po nocach.

Pieczemy ziemniaki, ktore jada z nami jeszcze z Polski. Tak dobrych ziemniakow jak wyszly tym razem to ja jeszcze nie jadłam! Jest tez zabawna scenka, gdy wyjelismy ziemniaki z ogniska i toperz mowi do kabaczka, ze teraz bedziemy je jesc- mniam mniam. A kabak błyskawicznie w łapke najblizszego ziemniaka i do pyszczka! A trafila na takiego najbardziej spalonego i osmolonego. I to rozczarowanie na buzi- a miało byc dobre… Nie zniechecila sie jednak tak latwo- potem wcięla chyba trzy ziemniaki, dopominajac sie co chwile o wiecej masła! :)

Za ziemniaczany talerz sluzy nam gazeta znaleziona na miejscu ogniskowym, ladnie zlozona i zatknieta pod konar- chyba na rozpałke. Nie jest to zwykła gazeta- traktuje o grzesznych żądzach targajacych nasze dusze i resztkach cudownych monastyrow wmurowanych w fundamenty Kremla. Mozna sie tez dowiedziec z jakimi swietymi spokrewniony jest Putin oraz jak mozna sie nauczyc w pol roku uzdrawiac chorych za pomocą sił czerpanych z wnetrza ziemi ;)







Kabaczek bardzo cieszy sie pobytem na plazy i ma kilka zabaw. Zbiera butelki. Najbardziej ulubiła sobie taka z regionalnego koniaku i wsypuje do niej piasek. Wysypuje, wsypuje, wysypuje. Zabawa na godzine!



Ulubila sobie tez mniej fajną zabawe- rzucanie gazetami i radosne guganie wypelnia okolice, gdy płachty papieru odlatują z wiatrem a my po nie biegniemy.

Jest tez wyjątkowo ciekawy plac zabaw - zwalone drzewo, pomiedzy ktorego konarami mozna przełazic, wspinac sie i lądowac kuprem w mieciutki piasek!



Noc nastaje tak zimna, ze zaczynamy rozumiec czemu babki z turbazy tak sie upierały, ze przyniosą nam piecyk! Chyba jest z 5 stopni! A jest czerwiec!!!! Piecyk wiec oczywiscie włączamy, spimy w ciepełku a w drewnianych scianach jakies myszy czy inne korniki grają nam do snu jak w lesnym szałasie. Klimat wlasnie taki jest- wokol szumi las a oprocz dwoch osob z obslugi, spiacych w swojej kanciapie- jestesmy tu zupelnie sami!


cdn
 
 
motyl1974 
Inżynier Nadzoru



Pomogła: 8 razy
Wiek: 43
Dołączyła: 01 Paź 2007
Posty: 1368
Skąd: z mazowsza
Wysłany: 2017-07-16, 08:59   

ja jestem pod wrażeniem Waszych podróży :) super zdjęcia i relacja :)
 
 
buba 
Leśniczy



Dołączyła: 18 Lis 2013
Posty: 831
Wysłany: 2017-07-27, 22:58   

Kolejną nadmorską miejscowoscią do ktorej zawijamy jest Jantarnyj. Poczatkowo mamy w planach zwiedzic tu bursztynowy kombinat. Na wjezdzie wita nas drogowskaz o klimatach typowych dla wschodnich uzdrowisk.



Okolice tej miejscowosci sa ponoc najbardziej obfitym w bursztyn miejscem nad Bałtykiem (albo na takie kreowanym - na plazy nic nie znalezlismy, to nad zalewami bylo nieporownywalnie wiecej :P ) Do tutejszego kombinatu wpuszczaja turystow, acz w pierwszy dzien okazuje sie, ze po 16 juz nie ma zwiedzania. W drugi, ze nie mozna wejsc indywidualnie tylko musimy czekac na grupe, ktora bedzie za 2 godziny. Kazdy pilnujacy cieć mowi co innego. Wiec sobie ostatecznie odpuszczamy. Z podsluchanej pozniej rozmowy na plazy (jakis rozczarowanych turystow) wynikalo, ze wpuscili ich tylko do dwoch sal z gablotami. A liczyli (podobnie jak my) na oglądanie maszyn, obrobki czy na zagladanie do wyrobisk.



Na nocleg zatrzymujemy sie kolo knajpy nad jeziorem (jest to zalane bursztynowe wyrobisko). Ponoc na jego dnie zachowalo sie sporo dawnych maszyn wydobywczych, obroslych glonami i gliną koparek, wagonikow czy mniej lub bardziej zruinowanych zatopionych budyneczkow. Woda jest przejrzysta, gleboka na kilkadziesiat metrow. Jezioro jest wiec popularnym miejscem nurkowym. Wszyscy dziwia sie, ze my tu przyjechalismy a nie nurkujemy? Podejrzane! To kim my jestesmy?

Ile razy widzimy bąbelki czy koła na wodzie to za chwile wynurza sie nurek!



Na brzegach jeziora jest tez kilka sympatycznych baz, ktore przypominaja osiedla baraczków i przyczep albo namiotowe miasteczka, cos jak nasze studenckie bazy namiotowe w gorach. Niestety nie sa one ogolnodostepne tylko naleza do roznych kół i klubow płetwonurkow. Wieczorem slychac, ze ta grupa lubi sie bawic! :D Po wodzie niosą sie dzwieki gitar i mocno zakrapianych spiewow :)





Przy nadjeziornej knajpie jest pole namiotowe- duzy pusty plac ze skoszona trawa... tylko zadnych namiotow nie ma. Pozniej sie dowiemy dlaczego..







Mają tu tez kible ktore sprzyjają integracji



Rano idziemy na nadmorską plaze i okazuje sie, ze jest tu wydzielony pas wybrzeza gdzie mozna postawic namiot na samej wydmie, mozna palic ognisko... Nic dziwnego, ze tu ludzie biwakują a nie pod knajpą, nie dosc, ze za darmo to jeszcze prawie na samej plazy i do snu szumia fale... Kurde... Szlag nas trafia zesmy wczoraj tego miejsca nie znalezli :( I wciaz nasuwa sie to samo pytanie- dlaczego wszedzie sie da a nad polskim morzem nie?







Pobyt na plazy bez fikołkow jest niewazny! Tylko kabak nie chce zrobic fikołka!





Przy samym morzu jest drugie zalane wyrobisko bursztynowe. To chyba sa tereny dawnej kopalni "Anna". Bo wszedzie stoją drogowskazy "widok na "Szachte Anna"" a widok jest na morze, plaże i to oto plażowe jeziorko ;)



Przejezdzamy tez dzis przez Swietłogorsk - i widac, ze jest to glowny kurort obwodu... I ze wlasnie jest niedziela. Chyba caly Kaliningrad postanowil spedzic tu weekend. Na wąskich uliczkach ustawia sie kilkustrumieniowy korek, niektorzy probują omijac chodnikami i tam tez grzęzną. Nie ma opcji zatrzymania sie przy drodze a wjazd na jakikolwiek parking moze skonczyc sie utkwieniem tam chyba na zawsze. Miedzy trąbiącymi autami lawirują cale pielgrzymki odswietnie ubranych kuracjuszy. Od czasu do czasu trafia sie zagubione dziecko na hulajnodze czy ogłupiały pies wpadajacy na ludzi i auta.. A nam wlasnie skonczyly sie pieniedze i mielismy chytry plan znalezienia w tym miasteczku bankomatu czy kantoru... Ale bardzo szybko wybijamy sobie ten pomysł w glowy.. Benzyny jeszcze w baku troche jest, zarcia w torbie tez i patrzac na to wszystko- to pieniadze chyba nie sa nam wcale tak pilnie potrzebne. Potrzebne jest jedynie znalezc sie natychmiast daleko stad.. Kilka kilometrow od miasta znow jest pusto. Nie ma ludzi, nie ma aut. Tylko helikoptery czasem latają ;)

Jedziemy w strone Kurskiej Kosy ale nie najkrotszą drogą. Zanim tam dotrzemy pokręcimy sie jeszcze po kilku wioskach...

W necie mozna znalezc mapki wskazujace, ze "wnetrze lądu" miedzy Kaliningradem a morzem sa terenem zamknietym i obcokrajowcy nie sa tam mile widziani. Jadąc jedną czy drugą drogą jednak nie widzielismy zadnych oznaczen a i miejscowi mowili, ze "kiedys tak bylo ale to juz nieaktualne". Jak jest naprawde to nie wiem, ale powloczylismy sie po roznych tamtejszych bocznych drogach i zadnych problemow nie bylo. W tych terenach znalezlismy trzy opuszczone poniemieckie koscioly.

Salskoje. Z kosciola zostaly tylko trzy sciany. Obiekt jest ogrodzony siatka i bez jej przeskakiwania nie da rady wejsc do srodka. Ruiny sa połozone w srodku wsi wiec przelazenie góra tez jest problematyczne bo sie wszyscy gapią i trochu glupio ;)



Kolejną wioską, do ktorej nas ciągnie jest Kumaczowo. Stoi tu spory kosciol, jeszcze zadaszony, choc deski z dachu troche lecą (byl bardzo wietrzny dzien). Mozna wejsc do srodka bez problemu (no chyba, ze te latajace deski ;) Na dachu są trzy gniazda bocianie. Wyjątkowo glowna wieza w mocno nadwątlonym stanie (zwykle to one sie najlepiej zachowaly). Za kosciołem menelski skwerek, gdzie panowie w srednim wieku trudnią sie klasycznym spozywaniem i zaczepianiem nielicznych turystek :P







Zaraz przy kosciele trafiamy na ormianska knajpe gdzie pozeramy pyszna siomge w sosie z granatu. Jedna z kelnerek za "dziekuje" po ormiansku tak rozpływa sie z radosci, ze mamy wrazenie, ze zaraz dostaniemy 5 kolejnych ryb w gratisie :) Konczy sie tylko na deserku :)



Knajpa nazywa sie "Bocian" ale takowy usmiecha sie tylko z fototapety (no i kilkanscie sztuk z dachu pobliskich ruin koscioła). Za to nad glowami lata mnostwo jaskolek.





Odwiedzamy tez Romanowo. Tu tez mają spore ruiny kosciola z fragmentem zachowanego dachu i posadzki. Fajne "kwaśne mleko" trafilo sie dzis na niebie!





Tu rowniez okolice koscioła sprzyjają spozywaniu i zostały ulubione przez miłosników trunków i biesiad. W odroznieniu od Kumaczowa tutaj nie wystarcza bela drewna rzucona gdzies "na przyrodzie" wsrod krzaków. Przy koscielnym murze stoi blaszana przyczepa ze stołem, ławami i nawet kanapą, gdzie widac wyrazne ślady minionych imprez. Zapach bimbru, fajek i przekiszonych ogorkow mocno wgryzł sie w pordzewiałe sciany żulerskiej przystani. Niestety, nie bylo akurat stalych bywalcow wiec nikt nas nie zaprosil na stakana samogonu ;)





Nieopodal zaparkował niewielki pojazd na lokalnych blachach.



cdn
 
 
buba 
Leśniczy



Dołączyła: 18 Lis 2013
Posty: 831
Wysłany: 2017-08-01, 22:40   

Następnym miejscem, ktore odwiedzamy w obwodzie jest Kurska Kosa. Kolejna mierzeja, podobna do Wiślanej/Bałtijskiej tylko połozona bardziej na pólnoc. Rowniez przecięta granicą panstwową, tym razem z Litwą. W odroznieniu od Wiślanej nie jest terenem wojskowym wiec jest otwarta dla turystow. Nie jest jednak otwarta tak zupelnie- dla odmiany mają tu park narodowy wiec mundurowi rowniez mogą łapac po krzakach. Na kosie sa trzy wioski Morskoje, Rybaczie i Lesnoj, ktore w dawnych latach wielokrotnie zmienialy miejsce polozenia bo byly zasypywane przez wydmy, na ktore jest tutaj duzy urodzaj.

Wjezdzamy niedzielnym popołudniem wiec pod względem tłumu jest za dobrze.. Kolejka do szlabanu zdaje sie nie miec konca - tu trzeba kupic bilety do parku narodowego. Ruch chyba zaskoczyl panie biletowe tak samo jak sniegi zaskakują co roku w styczniu naszych drogowcow. Kłębiący sie tłum jest mniejszy wprawdzie niz w Swietłogorsku ale tez nie bardzo do zaakceptowania. Juz, juz prawie mamy zamiar zarządzic odwrot, wbijać gdzies wgłąb obwodu gdzie nic nie ma i nigdy przenigdy wiecej nawet nie pomyslec o morzu... Ale weekendu zostalo jeszcze tylko kilka godzin. Jestesmy prawie 100% pewni, ze wieczorem te dzikie tłumy wymalowanych panienek na szpilkach z telefonami na kijach i panów bez szyi w mercedesach z przyciemnianą przednia szybą- wrócą do miast. Będa wrzucac na odnoklasniki i vkontakte setki fotek swojej gęby na tle tysiaca innych gęb przysłaniających piasek a my zostaniemy sam na sam z morzem.

Jako ze nie bardzo mamy ochote oglądac kolonie fok na wybrzezu zostawiamy sobie plazowe klimaty na jutro. A teraz jedziemy zobaczyc fragment tutejszego lasu, o ktorym gdzies tam kiedys czytalam, ze rozni sie od pozostalego. "Tańczacy las" to glownie sosny i to dosc mlode, posadzone okolo 50 lat temu na wydmie Krugłaja. Pnie sa w dziwny sposob powyginane, niektore spiralnie skrecone.





Dwa najladniejsze okazy sa tak obudowane barierkami, ze prawie nic nie widac.



Tu rowniez tłum i atmosfera jest taka jakbysmy zmierzali do jakiegos cudu swiata. Są barierki, podesty spacerowe, na ktore chyba poszlo wiecej drewna niz to co "tańczy" nieopodal.



Mozna tez wypozyczyc głosno gadajacy magnetofon albo pozyskac aplikacje na smartfon, ktora opowiada o tym dziwie przyrody. Oczywiscie nie mozna o tym przeczytac w domu, tylko trzeba chodzic pomiedzy drzewami z gadajacym pudełkiem. Co trzecia osoba chce miec ze sobą pudełko. Kazde z nich gada w innej fazie, co tworzy tak potworny jazgot, ze dosc szybko zaczyna boleć głowa. Wysadzany diamencikami smartfon dziuni defilującej przede mną opowiada, ze powody tanczenia lasu mogą byc rózne od prozaicznych do mrożących krew w żyłach. Mogą to byc silne wiatry typowe dla terenow nadmorskich, skoki temperatury i wilgotnosci gleby. Podejrzewana jest tez działalnosc wirusow czy pasozytow albo uszkodzone nasiona. Kolejna wersja traktuje o energii z wnetrza ziemi czy sekretnym poligonie z czasow ZSRR gdzie drzewa padły ofiara jakis tajemniczych badan. Brane sa rowniez pod uwage wpływy istot pozaziemskich ;) Niestety na tym etapie przestaje rozumiec naukowe wywody egzaltowanej, wirtualnej przewodniczki a chwile pozniej panience siada bateria... A szkoda bo zaczynało własnie byc ciekawie! ;)

W internetach i przewodnikach wszedzie pisali, ze na kosie nie ma opcji dzikich, darmowych (legalnych) biwakow bo to park narodowy i ble ble ble. Poczatkowo zagadujemy w turbazach i faktycznie twierdzą, ze mozna tylko w domkach lub pokojach za 50 zl osoba a jakikolwiek namiot czy spanie w aucie nie wchodzi w gre. Gdy wychodzimy z jednego z takich obiektów dogania nas zziajany ochroniarz i mowi, ze biwakowisko jest, a jakze. Acz z wiadomych przyczyn wlasciciele obiektow noclegowych go nie lubia reklamowac. I mamy zapytac w muzeum w Djunach. Babka z budki przymuzealnej potwierdza- tu za naszym płotem, na brzegu zalewu sa wiatki, ławeczki, nawet tojtoj i tam róbta co chceta. "Tylko drzew na opał nie wycinajcie piłą spalinową bo kłopoty będa duze". Juz na koncu języka mam pytanie czy siekierą mozna - ale moze byłoby to niegrzeczne :) Z radosci, ze jednak mamy fajne spanie kupuje magnesik i koszulkę "Zdobywca wydm Kurskiej Kosy" (choc wydme zdobedziemy dopiero pojutrze ;) ). Wstyd przyznac ale nie dowiedziałam sie co to było za muzeum i co w nim trzymają...

Na biwakowisko prowadzi klimatyczna płytowa droga. Cos jest w tym, ze jadąc za betonowymi płytami nigdy nie wyjdzie sie na tym zle. Na koncu zawsze beda jakies ruiny, dawny zakład przemysłowy, albo ciekawe miejsce na nocleg. Dobra- sporadycznie mozna trafic nieszczegolnie np. na poligon.



Smieszna jest jedna z zatoczek zalewu- ta ktorej nie widac. Cała woda jest pokryta leżącą trzciną. Nie wiem czy to ktos ściął czy to tak samo sie połozyło? Mozna sobie pospacerowac po powierzchni. Dziwne wrazenie isc po takim dywanie a pod spodem sprężynuje i chlupoce woda. Jest cos w tym przerażajacego wiec nie odchodze daleko i z radoscia wracam jednak na twardy, pewny grunt.





Z tym pewnym gruntem to tez tak nie do konca, dojazd do wielu miłych wiatek jest na tyle piaszczysty, ze juz przed pierwsza udaje nam sie nieco zagrzebac busia. Na szczescie na tyle słabo, ze nie trzeba ściągac na pomoc traktorow i czołgow.. Musimy mu kupic jakies inne opony bo te są na tyle cienkie i chyba juz wytarte, ze tendencje do zakopywania sie ma wieksze chyba nawet od skodusi.









Początkowo to miejsce tez jest tłoczne. Wszędzie dymią szaszłyki, gorzała sie leje, dudni lokalne radio spod podniesionych klap, powtarzając po raz n-ty, ze jakies Amerykańce nakreciły film o Putinie i powoduje to duze emocje w całym kraju. Wbrew pozorom z calosci przekazu wynika jednak, ze ten film jest chyba pozytywny i lokalsi bardzo sie nim cieszą. Aż bym sobie go obejrzała, co to za cudo. Zawsze myslalam, ze Ameryka z Rosją to sie raczej nie lubi ale pewnie ja sie nie znam.

Z czasem, jak podejrzewalismy, kolejne wiaty pustoszeją, dym zgasłych ognisk rozwiewa wiatr o zapachu wodorostu, ryk silnikow z wylewająca sie z okien dudniącą muzyką oddala sie zwartą kolumną w strone Zielenogradska... Będa dzis niezłe korki na wjezdzie do Kaliningradu.. Az mi zal tych wszystkich opitych piwem piknikowiczów, ktorzy stoją gdzies na zabetonowanym wygwizdowie a tam nawet nie ma krzaka zeby zań sie udac...

Zostajemy prawie sami- z rybakiem, ktory spi w namiocie z rowerem i trzema wędkami oraz z dziwnym kamperem ukrytym w krzakach pod samym murem muzeum... Jak sie potem okazuje ow kamper jest taki na pół stacjonarny i chyba siedzi w nim ekipa mająca cichą pieczę nad "dzikim" biwakowiskiem, w sensie czy ktos jednak z tą piła spalinową tu nie biega ;) Co jakis czas ktos stamtad przechodzi koło busia niby-po-drewno, rzucając taksujące spojrzenia głownie w stronę rejestracji. Pada tez kilka niby przypadkowych, niby przyjacielskich pytań czy zaoferowan pomocy. Poza białą klapą wystającą z zarosli i wędek sterczacych z namiotu sa jeszcze żaby, czaple i łabędzie. Tutejsze ptactwo jest chyba mięsożerne, bo ledwo znikają za węgłem zderzaki ostatnich sympatyków "oddycha na przyrodzie" to ptactwo porzuca wodne pielesze i uderza poszukiwac resztek nadgryzionych lub wyplutych karczków i kaszanek. Moze z butelek z wódy tez cos wydziobują? Szlag je wie! Nie śledzimy juz tego- ich problem. My mamy swoje własne. Zmrok za pasem a las wysprzątany z drewna na opał totalnie... Muszę wbic w jakies dosc odległe bagno i wyrwac dwa uschłe drzewa z korzeniami... Ufff- obyło sie bez piły spalinowej (ktorej zresztą przeciez nie mamy). I teraz pytanie do znawców tematu- jak przekonać i nauczyc 20 miesieczne dziecko, ze zgromadzony chrust nie sluzy do tego, zeby go od razu cały wpierdzielic w ogień, tylko dokłada sie stopniowo. Kabak widząc jakąkolwiek gałązke od razu rzuca sie na nia jak tygrys na zdobycz i buch! do ogniska! W ferworze walki i wypełniona po uszy zapałem prawie tez wrzuciła toperzowego buta, ktory przypadkiem wypadł z busia! But zostal uratowany dosłownie w ostatniej chwili!



Towarzyszy nam tez piwo regionalne. Smak przeciętny ale etykieta nas skusila ;)



Rano pogoda nieco gorsza, nawet troche popaduje. Przerwe w opadach wykorzystujemy na wycieczke plażą acz horyzont nie rokuje zbyt ciekawie.





No i cieplo to nie jest, ładna mi polowa czerwca!





Zbiory drewna na ognicho, jako ze na biwaku z tym kiepsko...





Na sporej czesci wydm leżą pozostalosci jakis drewnianych konstrukcji o nieznanym nam przeznaczeniu.





I na owej plazy dolewa nam dokumentnie. My to sie jeszcze oblekamy w kurtki ale kabaczek zbyt sie cieszy deszczem by siedziec w jakims głupim kapturze, ktory zasłania swiat! Kaptur jest wiec sciagany co chwile a mały gugajacy pyszczek wystawia sie z wystawionym jęzorem w strone padających kropel. Ten proces połączony z silnym wiatrem powoduje, ze juz za chwile mamy totalnie zamokniete i zmarzniete zawiniątko. Ociekające wodą i na tym etapie juz nieco rozżalone musimy obłuskac łącznie z pieluszką, wytrzec i przebrac od stóp do głow. Okazuje sie tez, ze nasze dziecko, ktore nigdy nie chciało i nie umiało pić z kubeczka - gorącą herbate z cytryną wciąga jak stary!

Kupujemy tu tez płaską wędzoną rybę zwana kambała (chyba jest to flądra, o ile pamietam jeszcze długą liste ryb, ktorych sie uczyłam w naddunajskim Wiłkowie). Rybka w srodku jest pełna pysznego rozowego kawioru. Dawno nie jadłam czegos tak dobrego!





Nie wiem czemu jakos w Polsce nie ma zwyczaju i mody na spozywanie ryb. Jak sie pojedzie na wschod- gdziekolwiek, to od razu wszedzie jest pełno ryb- wędzonych, suszonych, surowych, marynowanych. Tłuste, apetyczne, różnorodne. Wiszą masowo w miejscach turystycznych, w sklepach z alkoholem, na bazarach, przy drogach, suszą sie na balkonach blokiwsk a żule zagryzają nimi nawet płyn do kąpieli czy klej do tapet ;) A mórz, rzek i jezior niekoniecznie mają wszedzie tak duzo wiecej. W czym wiec leży problem, ze u nas ciezko dostac co innego jak rozdeptaną makrele czy śledzia w puszce, ktory składa sie głównie z marchewki i groszku?

Po zeżarciu ryby i pogoda sie poprawia wiec mozemy podjąc drugą próbe wytarzania sie w nadmorskim piasku. Niebo wybłękitniało ale wiatr sie utrzymał. Fale sa wiec fajne i od razu tak pachnie w powietrzu swiezoscia!













Idziemy tez na wycieczkę na wydmę Efa. Ma ona ponoc 55 metrow jest najwyzszą wydmą w Europie. Czy to prawda to nie wiem, bo wiadomo, ze Rosjanie lubia podkreslac, ze wszystko u nich jest najwieksze wiec jakby moglo byc inaczej z wydmą ;) Z jej szczytu faktycznie sa fajne widoki na okolice, na morze i zalew rownoczesnie, a glownie na ogromne wydmy tworzace klimat wręcz pustynny. Opadaja one glownie w stronę zalewu. Zawsze mi sie marzyło sturlac sie z takowej prosto na plaże! :)















Struktury piasku targanego wiatrem...







Kolejny dzien znow nas wita na dzikim biwakowisku. Dzis jest jeszcze zimniej a wiatr jest wrecz huraganowy. Wywiewa nam rzeczy z busia, wyrywa kanapki z rąk a kabaczek nie potrafi isc pod wiatr co ją bardzo irytuje. Obrażona więc siada na piachu a wiatr porywa jej czapkę i unosi gdzies nad zalew.

Gdy jemy sniadanie na biwakowisko zajezdzaja Niemcy w kamperze gigancie. Mają tam chyba wiekszy metraz niz my w mieszkaniu w bloku! Ten ich pojazd jest jakis dziwny- totalnie niewyważony, niestabilny, stanowczo za duzy i za ciezki w stosunku do malutkich i cienkich kółek. Niemcy kluczą po całym biwakowisku, zatrzymują sie pod kazdą z wiat i ognisk, wyłażą i cos deliberują przyglądajac sie dokladnie okolicy. Ostatecznie zajmują miejsce nad samym brzegiem wpadając w piach juz dosc konkretnie. Nie mogąc wyjechac idą do ekipy spod bramy. Gosc z kitką cos im długo tłumaczy, pokazując na wszystkie strony i solidnie machając rekami. Rozmowa konczy sie na tym, ze pomagają wykopac zarytego giganta a Niemcy z obrazonymi minami odjezdzaja w sina dal zamiast stanąc w 10 dogodnych miejscach na betonowych płytach, ktorych na całym placu nie brakuje.

Ogolnie mówiac to fajny tu mają ten park narodowy! Podoba mi sie wolnosc jaką on oferuje! Mozna biwakowac- wprawdzie w jednym wyznaczonym miejscu ale zawsze, mozna palic ogniska, mozna sie kapac w morzu, mozna zbierac runo lesne- biwakujacy nieopodal opowiadaja nam o niesamowitych ilosciach grzybow wystepujacych w tutejszych lasach, ktore oni zbieraja i potem sprzedaja turystom na lokalnych parkingach.

A my żegnamy sie dzis z morzem na dobre. Kolejny raz zobaczymy je moze za rok w Estonii. Kierujemy sie na poludniowy wschod, wgłab obwodu, w strone miasteczek i wiosek juz totalnie nieturystycznych...

cdn
 
 
Piotrek 
Admin
Stara Pierdoła (i gaduła?)



Pomógł: 364 razy
Wiek: 61
Dołączył: 27 Maj 2005
Posty: 67708
Skąd: ze wsząd
Wysłany: 2017-08-02, 07:21   

buba napisał/a:
W czym wiec leży problem, ze u nas ciezko dostac co innego jak rozdeptaną makrele czy śledzia w puszce, ktory składa sie głównie z marchewki i groszku?
Moim zdaniem w ekonomii. W Polsce ryba jest nieopłacalna jako źródło pokarmu. Na biednym wschodzie zawsze była tanim i powszechnym mięsem - w Polsce, luksusem.
Spójrz dla porównania na ceny:
Dorsz bałtycki patroszony, z głową - od 9,00 zł/kg
Filet z dorsza bałtyckiego ze skórą - od 19,00 zł/kg
Śledź cały - od 5,00 zł/kg
Śledź patroszony bez głowy - od 8,00 zł/kg

A kilogram tuszki kurczaka z wolnego wybiegu, bez podrobów - ok. 7,00 zł/kg. Średnia cena schabu bez kości - 14,70.

Widać dlaczego?
_________________
Są rzeczy, których nie ma.
***Unless otherwise stated, my posts are my opinion, not official***
No trees were killed in the sending of this message, but a large number of electrons were terribly inconvenienced.


 
 
buba 
Leśniczy



Dołączyła: 18 Lis 2013
Posty: 831
Wysłany: 2017-08-02, 08:10   

Tylko dlaczego tak jest ze u nas ryba jest droga a na wschodzie tania? zwlaszcza w porownianiu np. z takim obwodem, ktory lezy nad tym samym morzem. U nas trudniej ją złowic/przechowywac/sprzedac?
 
 
Piotrek 
Admin
Stara Pierdoła (i gaduła?)



Pomógł: 364 razy
Wiek: 61
Dołączył: 27 Maj 2005
Posty: 67708
Skąd: ze wsząd
Wysłany: 2017-08-02, 10:45   

buba napisał/a:
U nas trudniej ją złowic/przechowywac/sprzedac?
To też. Ale także polityka państwa wobec rybołówstwa. Która upadła wraz z upadkiem poprzedniego systemu politycznego. Sprzedaliśmy flotę połowową, przedsiębiorstwa połowów dalekomorskich (państwowe) po kolei zbankrutowały i skończył się "sen o Polskich rybach". Na koniec idiotyzmy z unijnymi "kwotami połowowymi" na Bałtyku, preferującymi rybaków niemieckich i odbierającymi sens istnienia polskim rybakom, położyły "kamień nagrobny" nad tanią rybą z polskiego morza.
_________________
Są rzeczy, których nie ma.
***Unless otherwise stated, my posts are my opinion, not official***
No trees were killed in the sending of this message, but a large number of electrons were terribly inconvenienced.


 
 
buba 
Leśniczy



Dołączyła: 18 Lis 2013
Posty: 831
Wysłany: 2017-08-02, 12:42   

Piotrek napisał/a:
To też. Ale także polityka państwa wobec rybołówstwa. Która upadła wraz z upadkiem poprzedniego systemu politycznego. Sprzedaliśmy flotę połowową, przedsiębiorstwa połowów dalekomorskich (państwowe) po kolei zbankrutowały i skończył się "sen o Polskich rybach".


Straszna szkoda ze to poszlo w ta strone :(


Piotrek napisał/a:
[ Na koniec idiotyzmy z unijnymi "kwotami połowowymi" na Bałtyku, preferującymi rybaków niemieckich i odbierającymi sens istnienia polskim rybakom, położyły "kamień nagrobny" nad tanią rybą z polskiego morza.


Taaaa... to jest madre.. Polska ma idiotyczne limity unijne a Rosjanie maja wszystko w d... i łowia ile chca! Z tego samego morza! I jaki w tym sens? I potem buba musi jezdzic do Kaliningradu zeby dobra i tania rybkę wciągnac! :P
 
 
buba 
Leśniczy



Dołączyła: 18 Lis 2013
Posty: 831
Wysłany: 2017-08-07, 09:03   

Wioski na trasie Kaliningrad- Prawdińsk zaczynaja byc bardziej zapadłe niz w czesci nadmorskiej. W wielu miejscach blizniaczo przypominają zagubione wioski Dolnego Ślaska! Jakbysmy nagle przeniesli sie na boczne trakty Kotliny Kłodzkiej, na Wzgórza Strzelinskie lub gdzies pod Głogów. Sporo spotykanych tu budynkow pamieta czasy niemieckie w stanie niemal niezmienionym od wojny- no moze troche nadgryzionym patyną lat.. Dziwnie jest odjechac tak daleko i czuc sie jak na wycieczce popoludniowej kilkanascie/kilkadziesiat kilometrow od domu! :)

Jednoczesnie z tym dolnoslaskim klimatem zaczyna byc wyraznie czuc tez atmosfere wschodu, nie ma watpliwosci, ze jestesmy gdzies na terenie byłego sajuza! Jest to niezwykle ciekawe połączenie dwoch moich ulubionych regionow!

Jesli mijany dom nie jest poniemieckim chutorem lub kamienicą to zapewne bedzie chatynką lub radzieckim blokiem z białej cegiełki.




























Na drogach króluja stare łady i ciezkie ciezarowki wypchane po brzegi zolnierzami. Spod spękanego asfaltu raz po raz wyłazi stara kostka brukowa. Samochodow na zamiejscowych blachach (czyli z innym numerem niz lokalne "39") tu raczej nie spotykamy.

W wioskach oprocz zwyklej zabudowy mozna odnalezc sporo przedwojennych kosciolow ewangelickich, ktore staly sie niepotrzebne po zmianie granic i popadły w ruine. Stoja sobie zazwyczaj w zaroślach i przypominają o historii tych terenow. I sporo z nich bedzie nam dzis towarzyszyc na trasie. Jezdzimy sobie wiec od wsi do wsi, zaglądajac tu i tam. Jak sie odpowiednio ułozy trase to prawie w kazdej miejscowosci napotkamy ruiny jakiejs swiatyni.

W Muromskoje niestety do koscioła nie dalo sie podejsc bo ze wszystkich stron przytykały do niego czynne i opłotowane gospodarstwa z ujadajacymi psami. Budynek chyba pelni obecnie jakies funkcje gospodarcze, garazowe czy składzikowe.



W Mielnikowym kosciół jest duzy i ma ogromne okna. Połozony na starym betonowym placu, porosłym bujna roslinnoscia. Kawałek dalej jest jakby niewielka wieża cisnien, z ktorej leją sie wodospady wody. Dwoch chlopakow myje w tej wodzie twarze (ogolnie to sa cali mokrzy) i jakby deklamowali jakis wiersz. Mimo ze sytuacja przedstawia sie tak intersujaco to nie podchodze... Wiązałoby sie to z kąpielą a dzien jest chlodny.

Wewntarz koscioła mozna znalezc wejscie do podziemi, ale raz ze bylo wąskie a dwa, ze strasznie z niego śmierdziało (chyba tam cos zdechło calkiem niedawno) wiec nie zdecydowalam sie na dokladniejsza eksploracje czesci podziemnej.









Mozna spotkac w okolicy sporo nowatorskiego i pomyslowego wykorzystania starych opon.





Lokalny sklep ozdobiony jest fajną, "kołchozową" mozaiką.



W srodku tez interesujaco. Trwa tam zagorzała dyskusja polityczna. Tematem sporu jest czy to fajne i wlasciwe, ze prezydent porzucil żone i se przygruchał jakas młodą niunie. Facetom oczywiscie to imponuje, ze "to prawdziwy mużyk", "stary ale moze" czy "moze piękny nie jest ale jak ma kase to wszystkie laski jego, trza umiec sie ustawic" i mlaskają z podziwu i zazdrosci. Babki sa raczej oburzone, ze politykowi to nie wypada, ze to zle wplywa na wizerunek i wogole jak juz musial to mogl to jakos tak potajemnie i na boku a nie oficjalnie i przed kamerami. Dyskusja jest zawzieta, podniesione głosy, a nawet rzucanie paczką czipsow. Oczywiscie wszyscy rzucaja sie na mnie co ja o tym mysle, bo glos zza granicy moze tu byc przewazającym argumentem w wioskowym sporze. No coz... Ogolnie to mam to gdzies - kto z kim, dlaczego i za ile, ale chyba wypada mi wziąć strone kobiet i poprzeć teze, ze nieładnie jest porzucic żone jak sie zestarzeje. Gdy wychodze, slysze gdzies za plecami "Widzisz Dima? Ty na swoją starą narzekasz. A baby na calym swiecie sa takie same.." ;)



Nieopodal zaparkował busik pocztowy.



Ktory ladniejszy? :P



Gdzies na wschodnich obrzezach Kaliningradu, w miasteczku, ktore nazywa sie chyba Guriewsk, wpadamy przypadkiem na muzeum "bojowej techniki". Parkujemy wiec sobie przy czołgu.



I chwile włóczymy sie miedzy eksponatami na zewnatrz muru. Mozna tez wejsc za mur i tam cos zwiedzac ale juz nam sie nie chce bo wlasnie luneło.








Moim zdaniem najciekawszy opuszczony kosciol na naszej trasie znajdujemy w wiosce Zielenopolje. Na jednej ze scian widnieje socrealistyczne dzieło sztuki kołchozowej- siewca. Elementy przemijania nakladajace sie na siebie- dwie kolejne epoki z ktorych juz obie mineły. Wspomnienie zarowno po Niemcach jak i po kołchozach zarasta trawa, bluszcz i wyjatkowo dorodne tego roku dzikie bzy.

Dopiero po powrocie ogladajc zdjecia po raz ktorys z kolei, zauwazylam, ze obrazek ma wydzwiek wybitnie lokalny. Pod stopami kolesia obsiewającego pole leży najprawdopodobniej niemiecki żołnierz w helmie na glowie... Niesamowite, ze wczesniej w ogole to mi w oczy nie wpadło!

Ciekawe jaką funkcje spelnial ten kosciol za czasow kołchozowych- i czy takich malowideł bylo tu wiecej?





Na wieze kosciola mozna sie dostac, o ile ktos opanowal techniki wspinaczki linowej.



Nieopodal kosciola stoi przyczepa mieszkalna, bardzo porzadnie i czysto zagospodarowana. Mieszkanca akurat nie bylo w domu, wiec rowniez okazji aby pogawędzic o tym ciekawym miejscu...










Z koscioła w Czechowie pozostala sama wieza o dosyc nietypowym ksztalcie. Z tylu tabliczka z napisem po rosyjsku i niemiecku. Do budynku przytyka boisko i miejsce gdzie miejscowi palą ogniska.







Nieopdal drugie ruiny nie-wiem-czego, ale rowniez trącącego klimatem przedwojennym.



A na drutach dynda kolorowe obuwie ;)






Kosciol w Tiszynie wykazuje chyba sporą chec do rychłego zawalenia sie. Kazda ze scian byla przechylona w inna strone. Powietrze oprocz wiatru wypelnialo dziwne skrzypienie. Ponoc budynki majace sie niedlugo zapasc i rozsypac- śpiewaja (tak mowili ponoc miejscowi z zapadajacych sie do sztolni budynkow w Miedziance, a ja o tym wyczytalam w ksiazce o tej miejscowosci).

Kosciol w Tiszinie zdecydowanie cos nucil pod nosem...





Do ruin kosciola przytyka cmentarzyk- calkowicie tez zapomniany. Choc zdecydowanie z czasow powojennych.



W Kasztanowie mijamy ruine o sporej i solidnej wiezy- baszcie. Reszta kosciola w stanie mocno nadwątlonym. Obok sklep pomalowany na kolorek powodujący ból zębow ;)



W Prawdińsku skrecamy na Gwardiejsk. Wedlug mapy idzie tu calkiem głowna droga, znaczona na mojej mapie grubą czerwona linią. Droga sporo kilometrow wiedzie przez bezludzie- pola, lasy. Ale najpierw jest jeszcze wioseczka- Oktiabrskoje główny powód dla ktorego przywiało nas na te bezdroża... Wogole caly przysioleczek jest dziwny- dwa domy, jakies stajnie, zarosłe chaszczem ruiny, troche owiec. Widac wyraznie, ze niegdys wies byla znacznie wieksza...



Dojmujaca pustka i przestrzen. Jak jakies miejsce na koncu swiata czy w rownoleglej rzeczywistosci, z ktorej znikneli wszyscy ludzie... Jest tez koscioł ktorego szukamy. Pozostala z niego smukła, wysoka, chuda wieza. Posrod niskiej zabudowy i okolicznych krzakow wyglada nieco upiornie- jak jakas iglica czy startujaca rakieta. Cos co moze byc straszne i fascynujace zarazem. Atmosfera tego miejsca na zawsze pozostanie w naszej pamieci. A moze to ta cisza i siwe burzowe chmury?








Za Oktiabrskim urywa sie asfalt. Dalej wiedzie droga o nawierzchni ziemnej, ale wciaz szeroka i w miare rowna. Drogowskaz wskazuje, ze Gwardiejsk prosto. Nieco zarosniety ale jest...






Skoro droga jest, a mapa i znaki mowią "prosto" to trzeba jechac! Nie raz i nie dwa przeciez zjezdzalismy z asfaltu. Przeciez taka jest specyfika wschodu, ze utwardzone pokrycie znika i pojawia sie w momentach dowolnych. Ruch za przysiolkiem słabnie. Przez nastepne 20 km mijaja nas chyba tylko trzy auta. Jest w tym jedna smieciarka co utwierdza nas w przekonaniu, ze jedziemy dobrze. Ale jakos czujemy wewnetrzny niepokoj, zupelnie (poki co ;)) nieuzasadniony. Toperz nie bardzo chce sie zatrzymywac na siku czy zdjecia, a ja tez jakos nie mam potrzeby go o to prosic. Pierwszy raz na tej wycieczce czujemy sie jakos bardzo nieswojo. Mkniemy wiec tą droga nieco szybciej niz pozwala nawierzchnia majac nadzieje, ze niebawem, ze juz niebawem zobaczymy tablice Gwardiejska. Wokol wszedzie łany łubinu- totalnie fioletowo w oczach! W ogole wszedzie tu tak jest. Tak jak nasze wsie na wiosne sa ostatnio żółte od łanów rzepaku- to tu jest urodzaj na łubin![/img]







Dojezdzamy w koncu do jakiegos samotnego gospodarstwa. Przy drodze stoją słupki, do których mozna wmocowac szlaban. I mały budyneczek z boku, jakby bunkierek, jakby dla straznika, zamkniety na kłódkę. Kłodka jest w miare nowa. Co jest? Wjazd na poligon czy jak? Nie do konca... Są tablice, ale stoją odwrocone do nas tyłem... Ja pierdziuuuuu! znaczy poligon, ale my z niego wlasnie... wyjezdzamy... Tabliczki sa trzy: klasyczny zakaz wjazdu (ruchu) z tabliczka "nie dotyczy transportu lokalnego i tu chyba nazwa regionu + jakis skroty literowe, pod tym druga "wjazd i wstep wzbroniony, ostre strzelanie". Troche wpadam w panike... Najpierw robie kilka zdjec tego miejsca a potem je kasuje, obawiajac sie, ze moze ktos zabierze mi aparat, zobaczy te foty i beda jakies problemy. Teraz tego zaluje, bo bylaby fajna pamiatka... Niby Znamieńsk blisko... Ale dlaczego u licha od tamtej strony te znaki nie staly? Nic, zero- tylko zwykle tablice kierunkowe? Znaczy ze co- z poludnia na polnoc mozna, a odwrotnie juz nie? Poligon jednokierunkowy? Gdy stoimy tak na poboczu, jakas osobowka na naszych oczach zlewa zakaz i wjezdza... Moze strzelanie mają tu okresowe? I wtedy montują szlabany i wstawiaja straznika do bunkra? Moze ten poligon kiedys tu byl? I szlabany juz zdjeli a tablice jeszcze nie? Nie wiem czy tak jest ale bardzo chcemy w to wierzyc...

Nie daje mi to spokoju. Na stacji benzynowej w Gwardiejsku pytam wiec o droge do Prawdińska. Koles sugeruje tą, ktora wlasnie jechalismy, dopytujac kumpla jednoczesnie "czerwiec teraz mamy, nie?". Pytam niby w zartach- "a co, jakby byl maj lub listopad to by byla inna droga?". Gosc kiwa glowa i bierze pytanie jakby na serio. "Tak, bo to jest droga okresowa".

Potem, ogladajac zdjecia zauwazam, ze od strony Oktiabrskoje tez byly słupki i bunkierek, ktore nie zwrocily naszej uwagi. Ale tablic nie bylo. Widac Oktiabrskoje to takie zadupie, ze nawet nikt nie ustawil tablic ostrzegajacych- trzech miejscowych pewnie wie, a owce i tak czytac nie potrafia ;)

Z Gwardiejska jedziemy na Czerniachowsk. Mijamy ogromną kolumne ciezarowek gigantow a kazda z nich wiezie czołg. Czołgi sa nietypowe bo jakies takie tłuste i obłe. Przy nich te znane z czasow drugiej wojny byly jakies takie szczupłe i kanciate. A moze to nie były czołgi? tzn miały lufe i gąsienice ;) Dobrze, ze droga jest szeroka bo zajmuje toto dwa pasy. Ciezki mam dzis dzien jesli chodzi o testy na silną wole.. Chyba schowam aparat na dno plecaka, zeby kurde nie kusiło..

W wiosce Mieżdureczje napotykamy przypadkowo kolejny stary koscioł. Tu pozostalo naprawde niewiele, prawie nic, trzeba sie mocno przyjrzec by odgadnac ze to moglo byc kiedys kosciolem. Zdjec mam malo bo szybko zapodalam odwrot. Nieopodal kosciola, jeszcze na ulicy, zaatakowalo mnie wsciekle bydle zwane potocznie psem. Ujadajac z charkotem, rzucajac sie do łydek. Dwoch chlopcow probowalo go odpedzic to rzucil sie tez na nich. Nie mialam ze soba gazu ani kija. Kamienie tez nie chcialy lezec na chodniku. Pozostalo sie wycofac bez zobaczenia kosciola w srodku. Moze skrywal w swych piwnicach bursztynowa komnate- ale w tym momencie bylo to dla mnie kompletnie nieistotne... ;)

Jak ja nie cierpie psow! Ech... gdybym tak mogla powiedziec zaklęcie i wszystkie psy na swiecie zamieniły sie w koty!!!!! Ale byloby super! :D



cdn
 
 
Piotrek 
Admin
Stara Pierdoła (i gaduła?)



Pomógł: 364 razy
Wiek: 61
Dołączył: 27 Maj 2005
Posty: 67708
Skąd: ze wsząd
Wysłany: 2017-08-07, 09:46   

buba napisał/a:
Ktory ladniejszy? :P
No cóż... Raczej aut nie oceniam po wyglądzie... Jeśli chodzi o ruskie bezdroża to ten pocztowy chyba lepszy :)
_________________
Są rzeczy, których nie ma.
***Unless otherwise stated, my posts are my opinion, not official***
No trees were killed in the sending of this message, but a large number of electrons were terribly inconvenienced.


 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Korzystanie z forum bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w urządzeniu końcowym. Można dokonać ustawień cookies w przeglądarce. Więcej - regulamin forum.