Co się dzieje w Beskidach, czyli o zamieraniu świerka słów kilka
Publikacje » Co się dzieje w Beskidach, czyli o zamieraniu świerka słów kilka
W okresie ostatnich dwu lat w beskidzkich drzewostanach „gołym okiem laika” widać, że dzieje się coś niedobrego ze świerkiem. Całe połacie drzewostanów świerkowych żółkną, czerwienieją, usychają na pniu, inne zaś są usuwane, choć drzewa wydają się być jeszcze całkiem zielone. Turyści i wczasowicze załamują ręce i pomstują na niegospodarność i nie poszanowanie przyrody przez LP, a z drugiej strony pracownicy LP w nielicznych przerwach pomiędzy naprawdę wytężoną pracą złoszczą się na turystów, którzy oskarżają lub co najmniej zadają „dziwne pytania”. A wszystkiemu winne jest niedoinformowanie – i, jak zwykle... natura, która nie pozwala sobie narzucić ludzkiego toku myślenia...
Rozważając ten problem należy wyjść od tego, skąd w Beskidach „znalazło się” tyle świerczyn. Pierwotnie, lasy beskidzkie były na ogół lasami bukowymi ze wzrastającym wraz ze wzrostem wysokości n.p.m. udziałem jodły i świerka, rosnących na żyznych i bardzo żyznych siedliskach wytworzonych na fliszu karpackim. Udział świerka nie przekraczał tu jednak 20%, a jego obecność była związana przeważnie ze specyficznymi mikrosiedliskami – dość mokrymi i niezbyt żyznymi – powstałymi na uboższych odmianach piaskowca. Pierwsze poważniejsze uszczuplenie leśnej puli miało miejsce w wieku XVII – XVIII, kiedy to na tych terenach zaczęło niezwykle intensywnie rozwijać się pasterstwo. To jednak tylko ograniczało powierzchnię lasów, nie zmieniało zaś ich składu gatunkowego. Kolejnym bodźcem do silnej eksploatacji lasu był rozwój przemysłu w XIX wieku. Masowo powstające huty oraz inne manufaktury powodowały wycinanie całych połaci rewelacyjnego pod względem energetycznym buka i jawora. Natomiast jodła i świerk były chętnie pozyskiwane na cele budowlane.
Beskidy w dużej mierze były wówczas własnością austriackiej rodziny Habsburgów. Rodzina ta sprowadziła na te tereny wiele niemieckich technologii, w tym również tzw. niemiecką szkołę leśnictwa. W bardzo ogólnym skrócie była to szkoła, która wprowadzała do lasu tzw. „ordnung” czyli wszystko uporządkowywała – tworząc ład aż do pewnej przesady... Jednym z efektów wprowadzenia tej szkoły (maksymalne przychody, renta leśna) było sprowadzenie w Beskidy świerka, prawdopodobnie pochodzącego z Austriackich Alp, a także spod Wiednia. Ekotypy te, dostając się w bardzo dogodne położenie, w doskonałe niemal warunki glebowe i klimatyczne (wysokie opady, duża wilgotność powietrza) zaczęły przynosić niezwykle wysoki plon. To podchwyciwszy, ówcześni właściciele tych terenów doprowadzili do zastąpienia naturalnych lasów beskidzkich, równowiekowymi, mało zróżnicowanymi monokulturami świerkowymi.
Początkowo wszystko działało jak najlepiej. Świerk uprawiany był w 60-cio letniej kolei rębu, odnawiany sztucznie z przejściowym wykorzystywaniem powierzchni pozrębowych pod uprawy rolne (głównie zboża paszowe). Zawieruchy pierwszej połowy wieku XX nie pozwoliły jednak na prowadzenie stabilnej, jednolitej gospodarki leśnej, i o ile po odzyskaniu niepodległości Polski pojawił się trend przebudowy tych drzewostanów na zgodne z siedliskiem, o tyle gospodarka III Rzeszy, a nawet gospodarka leśna początków czasów PRL nie przewidywała takiej potrzeby. Fakty jednak były takie, że już od lat 20-stych minionego wieku dolnoreglowe świerczyny beskidzkie zaczęły się rozpadać. Pierwotnie z przyczyn abiotycznych. Okazało się, że świerk, a szczególnie ten rosnący w monokulturze, źle znosi nadmiar śniegu, wiatru a i nadmiar słońca może mu zaszkodzić. Potem zaczęły dochodzić czynniki biotyczne (tu głównie osłabienie drzew poprzez ekspansję opieniek) oraz antropogeniczne (zanieczyszczenia powietrza, kwaśne deszcze i t.d.). Obecnie stwierdzić można, że proces zamierania świerczyn jest spowodowany całym zespołem wzajemnie ze sobą powiązanych czynników.
Po pierwsze, chciałbym zwrócić uwagę na znaczne odstąpienie od tego sposobu gospodarowania monokulturami świerka, które wprowadzili Habsburgowie (wraz z wprowadzeniem usystematyzowanej i bardzo uproszczonej a przez to mało różnorodnej struktury gatunkowej, przestrzennej i często wiekowej lasu). Może już samo zastąpienie odnowienia sztucznego odnowieniem naturalnym nie ma tu tak dużego wpływu (a biorąc pod uwagę zagrożenie opieńką jest nawet korzystniejsze). Natomiast niezwykle ważne jest dwukrotne zwiększenie wieku rębności świerka, co w dużej mierze „zawdzięczamy” organizacjom ekologicznym. Naturalnym jest, że intensywna (w korzystniejszych warunkach glebowych czy nasłonecznienia niż wymagania danego gatunku) hodowla drzew znacznie przyspiesza ich proces fizjologicznego starzenia się (co doskonale zaobserwowano na przykład w przypadku różnie prowadzonych jedlin). Niestety świerk przetrzymywany na żyznych beskidzkich siedliskach do wieku 120 – 140 lat (a takie tu mamy wieki rębności) jest osłabiony z powodu zwykłej starości fizjologicznej.
Kolejny ważny czynnik w procesie zamierania świerczyn, który często jest pomijany, to procesy zachodzące w glebie. Można powiedzieć, że żyzna gleba, która była kiedyś dla świerka błogosławieństwem, teraz stała się dla niego przekleństwem. Opadajaca na dno lasu ścioła świerkowa oraz spływ wód opadowych po koronach i pniach powodują tzw. pinetyzację (co ogólnie można przetłumaczyć jako zakwaszanie) siedlisk. Żyzna gleba charakteryzuje się tym, że substancje mineralne są w formach łatwo rozpuszczalnych i ulegają bardzo łatwemu wymywaniu. Pod wpływem obniżenia pH roztworu proces ten niezwykle się nasila, a do tego uaktywniają się pewne substancje. Z jednej strony są to mikroelementy: Mn, Fe, Mg i inne, które w normalnych warunkach istnieją w glebie w ilościach śladowych i w takich też ilościach są roślinie potrzebne (głównie jako aktywizatory procesów życiowych). Z drugiej strony są to toksyczne metale jak Al, Pb, Cd, które między innymi blokują działanie enzymów zarówno roślinnych jak i glebowych.) Tak mikroelementy substancje odpływają z siedliska w wodach powierzchniowych i rośliny cierpią z ich niedoboru (tak na przykład dzieje się z manganem, który jest ważnym elementem w przebiegu procesu fotosyntezy).
Następny, często niedoceniany czynnik, to zaburzenia w funkcjonowaniu mikoryz. Jak ważne dla drzewa są mikoryzy uczą się obecnie dzieci już na pierwszych lekcjach biologii. Jak trudno o utrzymanie właściwego ich typu i odpowiedniej skuteczności, tak naprawdę wiedzą nieliczni fachowcy. Jedno jest pewne. Mikoryzom nie pomagają na pewno kwaśne deszcze, topnienie kwaśnych śniegów (duża akumulacja jonów H+), obecność konkurencyjnych grzybów pasożytniczych (opieńka, korzeniowiec), pinetyzacja siedlisk...)
Do tego wszystkiego dochodzą zwykłe (bo zawsze obecne) czynniki abiotyczne powodujące osłabienie drzewostanów, wśród których decydujące znaczenie w ostatnich latach ma susza. Tu trzeba bowiem zaznaczyć, że świerk jest bardzo nieodporny na brak wilgoci, przy czym szczególne znaczenie ma dla niego wilgotność powietrza. Zauważmy zatem, że susze są wybitnie niekorzystne dla świerczyn, ale równie niekorzystne są: zamieranie mikoryz, osłabienie metabolizmu przez niedobory mikroelementów, osłabienia spowodowane starością czy opanowaniem przez grzyby pasożytnicze... kółeczko się zamyka i powiela...
I na tego wieloczynnikowo osłabionego, biednego świerka spada dodatkowo tzw. zespół kornika drukarza - i dobija go. Dlaczego zespół? Bo jest to grupa kilku – kilkunastu różnych gatunków kornika, żerujących z różną intensywnością, w różnych fazach zamierania drzewa i na różnych jego częściach, ba - nawet na różnych stronach strzały w zależności od położenia w stosunku do stron świata. Ta „banda” w liczbie do 1 mln szt. na drzewo atakuje wszystkie osłabione osobniki i łatwo namnaża się. Jeżeli tych osłabionych osobników jest wystarczająco dużo – przybiera to wszystko formę gradacji, podczas której atakowane są również osobniki zdrowe lub pozornie wyglądające na „zdrowe”
Często spotkałem się z pytaniami: a to nie możecie zrobić jakiegoś oprysku? No właśnie w tym problem, że nie. Kornik, to chrząszcz, który niemal całe swoje życie spędza pod korą drzew Nie da się zatem przelecieć nad lasem samolotem czy helikopterem i zrobić oprysk, bo substancja owadobójcza do kornika nie dotrze. Co więc można robić? A no zasadniczo jedynie wycinać zasiedlone drzewa czyli te drzewa, w których kornik właśnie przechodzi swój cykl rozwojowy, i w ten sposób unieszkodliwiać go. Unieszkodliwianie zagrożenia polega na korowaniu drewna i paleniu kory (bądź wyprażaniu jej jeżeli ze względów bezpieczeństwa nie można palić). I tu, jak ze ścianą, zderzamy się z kolejną bolączką dzisiejszego leśnictwa, brakiem ludzi chętnych do takiej pracy w lesie. Bo trzeba wiedzieć, że czynności gospodarcze w PGL LP wykonują zewnętrzne firmy zwane ZULami (skrót od Zakład Usług Leśnych). Przyczyn tego stanu rzeczy nie mam zamiaru tu dociekać (bo pewnie objętość artykułu zwiększyłaby się co najmniej dwukrotnie), stwierdzam jednak fakt, iż terminowe (co niezwykle ważne) usuwanie i unieszkodliwianie posuszu czynnego jest tu niezwykle utrudnione.
Te, i wiele innych jeszcze pewnie nie wymienionych czynników spowodowały, że na chwilę obecną z przyczyn sanitarnych w 2007 r. w Beskidach usunięto ok. 1 mln m3 drewna świerkowego, co przy zasobności ok. 200 m3/ha (mój szacunek) daje teoretyczną powierzchnię zrębu zupełnego wielkości 5 tys. ha. Jeżeli teraz weźmiemy pod uwagę, że większość zrębów nie ma charakteru zrębu zupełnego, to mamy obraz jak wszechobecne jest to zjawisko w Beskidach. Dlatego w kwestii opanowania i zatrzymania procesu rozpadu świerczyn, dla mnie pytanie już nie brzmi „czy?”, ale „kiedy?” Wydaje mi się, że proces ten jest już tak nasilony, że wszelkie działania leśników muszą być teraz już nastawione nie na jego zatrzymanie, lecz na rozłożenie w czasie tak, by zdążyć, no może nie z przebudową, ale chociaż z odnowieniem rozpadających się drzewostanów.
PS. Dla poszukujących wiedzy o zespole Kornika drukarza i jego zwalczaniu polecam link: http://aktua.republika.pl
Tomasz Gawęda
Rozważając ten problem należy wyjść od tego, skąd w Beskidach „znalazło się” tyle świerczyn. Pierwotnie, lasy beskidzkie były na ogół lasami bukowymi ze wzrastającym wraz ze wzrostem wysokości n.p.m. udziałem jodły i świerka, rosnących na żyznych i bardzo żyznych siedliskach wytworzonych na fliszu karpackim. Udział świerka nie przekraczał tu jednak 20%, a jego obecność była związana przeważnie ze specyficznymi mikrosiedliskami – dość mokrymi i niezbyt żyznymi – powstałymi na uboższych odmianach piaskowca. Pierwsze poważniejsze uszczuplenie leśnej puli miało miejsce w wieku XVII – XVIII, kiedy to na tych terenach zaczęło niezwykle intensywnie rozwijać się pasterstwo. To jednak tylko ograniczało powierzchnię lasów, nie zmieniało zaś ich składu gatunkowego. Kolejnym bodźcem do silnej eksploatacji lasu był rozwój przemysłu w XIX wieku. Masowo powstające huty oraz inne manufaktury powodowały wycinanie całych połaci rewelacyjnego pod względem energetycznym buka i jawora. Natomiast jodła i świerk były chętnie pozyskiwane na cele budowlane.
Beskidy w dużej mierze były wówczas własnością austriackiej rodziny Habsburgów. Rodzina ta sprowadziła na te tereny wiele niemieckich technologii, w tym również tzw. niemiecką szkołę leśnictwa. W bardzo ogólnym skrócie była to szkoła, która wprowadzała do lasu tzw. „ordnung” czyli wszystko uporządkowywała – tworząc ład aż do pewnej przesady... Jednym z efektów wprowadzenia tej szkoły (maksymalne przychody, renta leśna) było sprowadzenie w Beskidy świerka, prawdopodobnie pochodzącego z Austriackich Alp, a także spod Wiednia. Ekotypy te, dostając się w bardzo dogodne położenie, w doskonałe niemal warunki glebowe i klimatyczne (wysokie opady, duża wilgotność powietrza) zaczęły przynosić niezwykle wysoki plon. To podchwyciwszy, ówcześni właściciele tych terenów doprowadzili do zastąpienia naturalnych lasów beskidzkich, równowiekowymi, mało zróżnicowanymi monokulturami świerkowymi.
Początkowo wszystko działało jak najlepiej. Świerk uprawiany był w 60-cio letniej kolei rębu, odnawiany sztucznie z przejściowym wykorzystywaniem powierzchni pozrębowych pod uprawy rolne (głównie zboża paszowe). Zawieruchy pierwszej połowy wieku XX nie pozwoliły jednak na prowadzenie stabilnej, jednolitej gospodarki leśnej, i o ile po odzyskaniu niepodległości Polski pojawił się trend przebudowy tych drzewostanów na zgodne z siedliskiem, o tyle gospodarka III Rzeszy, a nawet gospodarka leśna początków czasów PRL nie przewidywała takiej potrzeby. Fakty jednak były takie, że już od lat 20-stych minionego wieku dolnoreglowe świerczyny beskidzkie zaczęły się rozpadać. Pierwotnie z przyczyn abiotycznych. Okazało się, że świerk, a szczególnie ten rosnący w monokulturze, źle znosi nadmiar śniegu, wiatru a i nadmiar słońca może mu zaszkodzić. Potem zaczęły dochodzić czynniki biotyczne (tu głównie osłabienie drzew poprzez ekspansję opieniek) oraz antropogeniczne (zanieczyszczenia powietrza, kwaśne deszcze i t.d.). Obecnie stwierdzić można, że proces zamierania świerczyn jest spowodowany całym zespołem wzajemnie ze sobą powiązanych czynników.
Po pierwsze, chciałbym zwrócić uwagę na znaczne odstąpienie od tego sposobu gospodarowania monokulturami świerka, które wprowadzili Habsburgowie (wraz z wprowadzeniem usystematyzowanej i bardzo uproszczonej a przez to mało różnorodnej struktury gatunkowej, przestrzennej i często wiekowej lasu). Może już samo zastąpienie odnowienia sztucznego odnowieniem naturalnym nie ma tu tak dużego wpływu (a biorąc pod uwagę zagrożenie opieńką jest nawet korzystniejsze). Natomiast niezwykle ważne jest dwukrotne zwiększenie wieku rębności świerka, co w dużej mierze „zawdzięczamy” organizacjom ekologicznym. Naturalnym jest, że intensywna (w korzystniejszych warunkach glebowych czy nasłonecznienia niż wymagania danego gatunku) hodowla drzew znacznie przyspiesza ich proces fizjologicznego starzenia się (co doskonale zaobserwowano na przykład w przypadku różnie prowadzonych jedlin). Niestety świerk przetrzymywany na żyznych beskidzkich siedliskach do wieku 120 – 140 lat (a takie tu mamy wieki rębności) jest osłabiony z powodu zwykłej starości fizjologicznej.
Kolejny ważny czynnik w procesie zamierania świerczyn, który często jest pomijany, to procesy zachodzące w glebie. Można powiedzieć, że żyzna gleba, która była kiedyś dla świerka błogosławieństwem, teraz stała się dla niego przekleństwem. Opadajaca na dno lasu ścioła świerkowa oraz spływ wód opadowych po koronach i pniach powodują tzw. pinetyzację (co ogólnie można przetłumaczyć jako zakwaszanie) siedlisk. Żyzna gleba charakteryzuje się tym, że substancje mineralne są w formach łatwo rozpuszczalnych i ulegają bardzo łatwemu wymywaniu. Pod wpływem obniżenia pH roztworu proces ten niezwykle się nasila, a do tego uaktywniają się pewne substancje. Z jednej strony są to mikroelementy: Mn, Fe, Mg i inne, które w normalnych warunkach istnieją w glebie w ilościach śladowych i w takich też ilościach są roślinie potrzebne (głównie jako aktywizatory procesów życiowych). Z drugiej strony są to toksyczne metale jak Al, Pb, Cd, które między innymi blokują działanie enzymów zarówno roślinnych jak i glebowych.) Tak mikroelementy substancje odpływają z siedliska w wodach powierzchniowych i rośliny cierpią z ich niedoboru (tak na przykład dzieje się z manganem, który jest ważnym elementem w przebiegu procesu fotosyntezy).
Następny, często niedoceniany czynnik, to zaburzenia w funkcjonowaniu mikoryz. Jak ważne dla drzewa są mikoryzy uczą się obecnie dzieci już na pierwszych lekcjach biologii. Jak trudno o utrzymanie właściwego ich typu i odpowiedniej skuteczności, tak naprawdę wiedzą nieliczni fachowcy. Jedno jest pewne. Mikoryzom nie pomagają na pewno kwaśne deszcze, topnienie kwaśnych śniegów (duża akumulacja jonów H+), obecność konkurencyjnych grzybów pasożytniczych (opieńka, korzeniowiec), pinetyzacja siedlisk...)
Do tego wszystkiego dochodzą zwykłe (bo zawsze obecne) czynniki abiotyczne powodujące osłabienie drzewostanów, wśród których decydujące znaczenie w ostatnich latach ma susza. Tu trzeba bowiem zaznaczyć, że świerk jest bardzo nieodporny na brak wilgoci, przy czym szczególne znaczenie ma dla niego wilgotność powietrza. Zauważmy zatem, że susze są wybitnie niekorzystne dla świerczyn, ale równie niekorzystne są: zamieranie mikoryz, osłabienie metabolizmu przez niedobory mikroelementów, osłabienia spowodowane starością czy opanowaniem przez grzyby pasożytnicze... kółeczko się zamyka i powiela...
I na tego wieloczynnikowo osłabionego, biednego świerka spada dodatkowo tzw. zespół kornika drukarza - i dobija go. Dlaczego zespół? Bo jest to grupa kilku – kilkunastu różnych gatunków kornika, żerujących z różną intensywnością, w różnych fazach zamierania drzewa i na różnych jego częściach, ba - nawet na różnych stronach strzały w zależności od położenia w stosunku do stron świata. Ta „banda” w liczbie do 1 mln szt. na drzewo atakuje wszystkie osłabione osobniki i łatwo namnaża się. Jeżeli tych osłabionych osobników jest wystarczająco dużo – przybiera to wszystko formę gradacji, podczas której atakowane są również osobniki zdrowe lub pozornie wyglądające na „zdrowe”
Często spotkałem się z pytaniami: a to nie możecie zrobić jakiegoś oprysku? No właśnie w tym problem, że nie. Kornik, to chrząszcz, który niemal całe swoje życie spędza pod korą drzew Nie da się zatem przelecieć nad lasem samolotem czy helikopterem i zrobić oprysk, bo substancja owadobójcza do kornika nie dotrze. Co więc można robić? A no zasadniczo jedynie wycinać zasiedlone drzewa czyli te drzewa, w których kornik właśnie przechodzi swój cykl rozwojowy, i w ten sposób unieszkodliwiać go. Unieszkodliwianie zagrożenia polega na korowaniu drewna i paleniu kory (bądź wyprażaniu jej jeżeli ze względów bezpieczeństwa nie można palić). I tu, jak ze ścianą, zderzamy się z kolejną bolączką dzisiejszego leśnictwa, brakiem ludzi chętnych do takiej pracy w lesie. Bo trzeba wiedzieć, że czynności gospodarcze w PGL LP wykonują zewnętrzne firmy zwane ZULami (skrót od Zakład Usług Leśnych). Przyczyn tego stanu rzeczy nie mam zamiaru tu dociekać (bo pewnie objętość artykułu zwiększyłaby się co najmniej dwukrotnie), stwierdzam jednak fakt, iż terminowe (co niezwykle ważne) usuwanie i unieszkodliwianie posuszu czynnego jest tu niezwykle utrudnione.
Te, i wiele innych jeszcze pewnie nie wymienionych czynników spowodowały, że na chwilę obecną z przyczyn sanitarnych w 2007 r. w Beskidach usunięto ok. 1 mln m3 drewna świerkowego, co przy zasobności ok. 200 m3/ha (mój szacunek) daje teoretyczną powierzchnię zrębu zupełnego wielkości 5 tys. ha. Jeżeli teraz weźmiemy pod uwagę, że większość zrębów nie ma charakteru zrębu zupełnego, to mamy obraz jak wszechobecne jest to zjawisko w Beskidach. Dlatego w kwestii opanowania i zatrzymania procesu rozpadu świerczyn, dla mnie pytanie już nie brzmi „czy?”, ale „kiedy?” Wydaje mi się, że proces ten jest już tak nasilony, że wszelkie działania leśników muszą być teraz już nastawione nie na jego zatrzymanie, lecz na rozłożenie w czasie tak, by zdążyć, no może nie z przebudową, ale chociaż z odnowieniem rozpadających się drzewostanów.
PS. Dla poszukujących wiedzy o zespole Kornika drukarza i jego zwalczaniu polecam link: http://aktua.republika.pl
Tomasz Gawęda
Opublikowano dnia: 2008-01-05 00:06:35

wyślij newsa





