Nie dodaje sesji! session_ip=38.107.191.101 O kocie Czarkotowym i kwiecie paproci - Dziennik - "Lasy polskie - leśny portal informacyjny"
Felietony Publikacje Reportaże Mechanizacja GIS Eko-Edukacja  Turystyka Leśna kuchnia Konkursy  Niezbędnik  Szkolnictwo
 Spotkania  Rodzina Leśnika  Kącik Poezji Brać Leśna  Nasze akcje  Przyroda z Pasją Po godzinach  Patronujemy  Listy do redakcji
 

O kocie Czarkotowym i kwiecie paproci

Konkursy » Konkurs literacki "Leśna przygoda" » O kocie Czarkotowym i kwiecie paproci


    Tomek cicho zamknął za sobą drzwi domku, w którym smacznie spał już dziadek. Była ciepła czerwcowa noc i jedynie księżyc, oblewając swą poświatą budynki gospodarcze i posrebrzając uśpione kwiaty, oświetlał kontury rzeczywistości. Chłopiec zawiązał buty, poprawił sweter i ruszył przez wieś do pobliskiego lasu. Czy się nie bał? Ależ bał! I to bardzo! Wiedział jednak, że druga taka okazja zdarzy się dopiero za rok, że całe długie dwanaście miesięcy będzie musiało minąć, by znów można było wybrać się do lasu w poszukiwaniu tego, dzięki czemu odkryje się skarby niezmierzone.
    Tomek mijał właśnie ostatni dom, gdy usłyszał dochodzący ze znajdującego się przed nim podwórka, szept:
    - Idziesz do lasu?
    - Kto to? – głos chłopca był nienaturalnie wysoki. Jego oczy łapczywie próbowały wyłowić w ciemności właściciela cichego falsetu, jedynym jednak, co zdołały wypatrzyć, był kot leżący na drewnianej ławce.
    - A czy to ważne? – spytał głos.
    Tomek milczał i wciąż uważnie wpatrywał się w noc.
    - Tak... Widzę, że moje imię ma dla ciebie znaczenie. – szepnął ponownie, a w chwili, kiedy to mówił Tomek spostrzegł, że kot wstaje, pręży grzbiet i zaczyna się iść ku niemu. Jego czarna jak heban sierść lśniła srebrzyście przy każdym ruchu. Zbliżywszy się do chłopca, kot nie zatrzymał się jednak, lecz obszedł go dwa razy, ocierając się ciałem o jego łydki. – Mam na imię Czarkotowy. – mruknął i po chwili dodał –     - Ponawiam pytanie. Idziesz do lasu?
    Tomek stał na drodze, a jego nogi wydawały się być jak z ołowiu. Po głowie krążyły mu setki myśli. Czy ma skłamać? Czy w ogóle ma się odzywać? Dlaczego ten kot mówi ludzkim głosem? - I czy to jawa, czy może tylko sen? W końcu zdecydował się, by powiedzieć prawdę.
    - Zgadza się. – rzekł tak cicho jak tylko potrafił. – Idę do lasu. Dziś Sobótka.
    Istotnie była Noc Świętojańska, czyli czas, w którym, jak głosi legenda, na kilka godzin zakwita kwiat paproci. Szukać go trzeba bardzo uważnie, temu zaś, kto kwiat zerwie, ukaże się droga do skarbów niezmierzonych. Tych też skarbów właścicielem zapragnął być Tomek i w tym roku specjalnie na wakacje do dziadka przyjechał wcześniej. Dwudziestego trzeciego czerwca musiał być na miejscu, by przed północą wymknąć się z domu i pójść do lasu w poszukiwaniu czarodziejskiego kwiatu.
    - Chcę odnaleźć kwiat paproci. – dodał po chwili.
    Kot odskoczył od niego i zmierzył szmaragdowymi oczyma.
    - Kwiat paproci? – rzekł – To zuch z ciebie musi być nie lada!
    Tomek milcząco wpatrywał się w kocie źrenice, Czarkotowy mówił zaś dalej:
    - A czy zdajesz sobie sprawę z tego, że śmiałkom, którzy chcą odnaleźć kwiat, przeszkadzają różne dziwne stwory? Licho nigdy nie śpi. A w tę noc dodatkowo zwołuje do siebie strzygi i upiory, złe skrzaty i leśnie widma, aby przeszkadzały w odnalezieniu zaczarowanego miejsca. – na chwilę przerwał. Przyczaił się i jednym susem skoczył pod płot. Tomek podążył za nim wzrokiem. Kot pazurami przytrzymywał ogon polnej myszy. Spojrzał chłopcu w oczy i rzekł twardo – Biada śmiałkowi, który wpadnie w ich moc.
    Po plecach Tomka przeszedł zimny dreszcz.
    - Co więc mam robić? – spytał
    - Wracać do domu.
    Tomek spojrzał na kota ze wzgardą
    - Nie wrócę. Idę dalej. – rzekł. – Jestem odważny!
    - Głupiś, a nie odważny... – mruknął Czarkotowy. – Nie zważałbym na ciebie, ale nie chcę zostawić cię samego. Już raz byłem świadkiem wyprawy młodego chłopaka do lasu po kwiat paproci i nie powstrzymałem go, choć wiedziałem, co go tam czeka. – westchnął. – Za karę, po śmierci zostałem zamieniony w czarnego kota. I muszę teraz chodzić po świecie w zwierzęcej skórze, dopóki nie odwiodę jakiegoś śmiałka od wyprawy po kwiat. Proszę cię, - puścił mysz, którą do tej pory się bawił – pomóż mojej duszy uzyskać spokój...
    Tomek cofnął się o krok.
    - A skąd mam wiedzieć, że Licho nie podejmuje takich właśnie starań, by odwieść kogoś od poszukiwań zaczarowanej paproci? – spytał. –     Bo w końcu po co straszyć w lesie, skoro można zawrócić kogoś już na początku drogi? Tani chwyt, Kocie! – rzekł – Idę do lasu.
    Czarkotowy, słuchając słów chłopca, aż usiadł ze zdziwienia. Siedział tak jeszcze jakiś czas i uderzał ogonem o ziemię, gdy ten oddalał się w stronę lasu. Nagle westchnął, wstał i pobiegł w jego stronę.
    - Nie zostawię cię. – szepnął, gdy był już przy jego nogach. – Kto jak kto, ale ja mogę ci się na coś przydać.

    Powoli zagłębiali się w las. Tomek w jednej ręce trzymał latarkę, drugą odgarniał pojawiające się co chwila przed oczyma gałęzie. Korony drzew były tak gęste, że światło księżyca prawie w ogóle przez nie nie przebijało. Czarkotowy szedł tuż przy nodze chłopca i uważnie wsłuchiwał się w odgłosy nocy. Było raczej cicho. Czasem tylko zahukał puchacz lub w oddali trzasnęły gałązki łamane jakby pod czyimiś stopami. W takich momentach Tomek przystawał na chwilę i ocierał pot z czoła. Kot zaś mruczał coś pod nosem i wywracał w górę zielone oczy. Paprocie mijali tylko czasami. Kiedy Tomek oświetlał dokładnie każdy krzak, kot stał z boku i mówił:
    - Tu nie znajdziesz kwiatu. W okolicach zaczarowanego krzaku Licho porozstawiało już swoich pomocników. Zauważysz, kiedy będziemy się zbliżać do celu.
    - A co, jeśli dziś Licho śpi? – pytał chłopiec.
    - Już ci mówiłem, że ono nigdy nie śpi...
    Szli w las coraz głębiej i głębiej. W pewnej chwili kot przystanął, a jego czarna sierść zjeżyła się na całym ciele.
    - Słyszysz? – szepnął do Tomka
    Ten, zatrzymawszy się, zaczął nasłuchiwać. Gdzieś obok nich gaworzyło małe dziecko. Naraz dziecięcy głos zamienił się w kobiecy szept, a potem chichot. Cichy śmiech otaczał ich ze wszystkich stron. Zdawał się to przybliżać to oddalać. Raz był głosem jednej kobiety, innym razem zdawało się, że chichocze ich kilka. Tomek oświetlał drzewa, niczego jednak na nich nie dostrzegał.
    - Jesteśmy już blisko. – powiedział Czarkotowy. – Wyłącz na chwilę latarkę. Co widzisz w oddali?
    - Coś się srebrzy...
    To polana. Oblewa ją blask księżyca. Ale tak rozświetlona jest ona nie tylko dlatego.
    Tomek pytająco spojrzał na kota, ten więc ciągnął dalej:
    - Ta światłość bije od kwiatu paproci.
    - Nie ma więc na co czekać. – szepnął Tomek. – Ruszajmy po skarby niezmierzone...
    Szli ku jasnej polanie, a różne głosy otaczały ich przez cały czas. To wydawało się Tomkowi, że jakaś wilgotna dłoń chwyta go za rękę, to, że chłodne usta składają pocałunek na jego czole. Czuł na sobie zimny pot, lecz szedł do przodu starając się myśleć tylko o tym, że już za chwilę będzie mógł wyciągnąć rękę po czarodziejski kwiat.
    Dotarli na polanę. Było to niewielkie miejsce porośnięte na przeciwległym krańcu krzakami paproci. Każdy ich liść wyglądał jak szmaragd, gdyż zalewała go łuna światła bijąca spośród zieleni. Wzrok Tomka przykuło jednak coś jeszcze.
    - Ile tu kamieni! – rzekł do Czarkotowego. – Jedne są malutkie, inne trochę większe wygląda to tak, jakbyśmy byli w okolicach kamieniołomu!
    - Później ci to wyjaśnię. – odpowiedział kot. – Idź po kwiat.
    Nim Tomek uczynił jednak krok naprzód, powietrze wokół nich zaczęło gęstnieć i zamieniać w coś w rodzaju galarety. Po chwili przezroczysta masa rozdzieliła się w różnej wielkości słupy, te zaś zaczęły formować się i przybierać człekopodobne kształty. Po chwili Tomka i Czarkotowego otaczało już stado stworów. Zimne ręce leśnych mar wyciągały się ku przybyszom, a gdy tylko jakaś zdołała ich dotknąć, otrząsali się po niej z obrzydzeniem.
    Po jakimś czasie tłum rozstąpił się, z lasu bowiem wyszedł jednooki chudy mężczyzna i zaczął zbliżać do chłopca i kota. Kiedy szedł między upiorami, te klękały, oddając mu cześć. On zaś sunął ponad ziemią i czarną źrenicą wpatrywał w przybyłych na polanę śmiałków. Zatrzymał się wpół drogi i zachichotał.
    - Witajcie, złodzieje! – rzekł kobiecym głosem.
    Tomek stał nieruchomo.
    - To Licho? – szepnął do Czarkotowego, a gdy wymawiał ostatnią głoskę, chudy mężczyzna pojawił się tuż przed jego oczyma.
    - Do usług, młody panie! – syknął.
    Wtem odezwał się kot:
    - Wielki demonie starożytnych Słowian! – skłonił się nisko. – Nie jesteśmy złodziejami. Fakt, przybyliśmy po kwiat paproci. Nie chcemy jednak brać go za darmo.
    - A cóż mogą mi oferować kot i niedorosły chłopak?
    Czarkotowy zamknął oczy i chwilę milczał skupiony. Naraz rozwarł powieki, a źrenice rażone blaskiem bijącym z kwiatu zbiegły się w sobie, tworząc czarne kreseczki.
    - Proponujemy ci, panie, pojedynek na zagadki.
    Licho zaśmiało się donośnie.
    - Ależ proszę bardzo! – rzekło. – Głupcy z was, jeśli sądzicie, że możecie się ze mną mierzyć. Licho wie! Licho wszystko wie... Dobrze więc... – zamilkło na moment i wyłamało kościste palce – postawcie waszą zagadkę przeciw mojej. Jeśli zgadniecie, kwiat paproci należy do was. Prawie... Bo wpierw jeszcze ja nie powinienem udzielić odpowiedzi na zadane przez was pytanie. Jakiej to możliwości nie biorę jednak pod uwagę. – zaśmiało się znów. – Jeśli wy nie zgadniecie mojej zagadki lub ja rozszyfruję waszą łamigłówkę, już na zawsze będziecie w mojej mocy, powiększając zastęp upiorów broniących dostępu do kwiatu paproci.
    - Zaczynaj! – rzekł Tomek.
    Licho spojrzało nań pogardliwie i z chytrym uśmiechem wydeklamowało:
    - Treść zagadki brzmi: Co czarne i brudne do pieca się nada za chwilę królowa na szyję zakłada. Błysk radości pojawił się w oczach Tomka.     Zauważył to Czarkotowy i gestem zachęcił do udzielenia odpowiedzi.
    - Nie było to bardzo trudne... – powiedział chłopiec, a Licho syknęło wściekle. – Jest to węgiel, który po czasie zamienia się w diament.
    Chudy mężczyzna nie odpowiedział nic, tylko zacisnął zęby. Po chwili dopiero wycedził.
    - Teraz wy!
    W tym momencie odezwał się kot:
    - O, Licho! Nic ponoć nie jest dla ciebie tajemnicą. Czy więc jesteś w stanie powiedzieć mi, w jakim celu przez kilka lat przynosiłem na tę polanę owe kamienie?
    Licho zamknęło oko. Leśne widma zamarły w bezruchu i wokół panowała niczym nie zmącona cisza. Tomek czuł, że serce podchodzi mu do gardła, a żyła na skroni pulsuje rytmicznie. Czarkotowy przysiadł na tylnych łapach i ze spokojem wpatrywał się w demona. Licho rozwarło powieki. Jego czoło było zmarszczone.
    - Kocie, wygrałeś. Kwiat paproci należy do ciebie. Zanim jednak zniknę ja i wszyscy moi słudzy zdradź mi, po co właściwie znosiłeś kamienie na tę polanę?
    - Panie, jestem człowiekiem zaklętym w kota, który musi odpokutować za swą winę.
    - Tak. – rzekło Licho. – Znam twoja historię.
    - Jak wiesz, moja misja na ziemi wiąże się z Sobótką. Zdawałem sobie sprawę, że pewnego dnia spotkam śmiałka, którego, choć będę próbował, nie zdołam odwieść od zamiaru pójścia na wyprawę po kwiat paproci. Stwierdziłem jednak, – uśmiechnął się – że postaram się przynajmniej uratować go. Spodziewając się zaś, iż z pewnością zgodzisz się, panie, na turniej zagadek, znosiłem na polanę kamienie. Miały one być po prostu pretekstem do stworzenia łamigłówki. Na pytanie: „Po co przynosiłem tu to wszystko?” odpowiedź brzmi: „Po to, by móc ci, panie, zadać taką zagadkę...”
    - Tak. Gratuluję. – Licho wykrzywiło twarz w grymasie. – Kwiat jest wasz. – to powiedziawszy, znikło, a po chwili na polanie nie było już żadnej z leśnych mar.
    - Jesteś wspaniały! – krzyknął Tomek. Chwycił Czarkotowego na ręce i przytulił do piersi.- - - - - Uratowałeś mnie! Dziękuję!
    - Mówiłem, chłopcze, że ci się przydam. A teraz puść mnie i idź po swoje niezmierzone skarby!
    Tomek powoli zbliżał się do kwiatu. Stąpał po miękkiej trawie i krok po kroku znajdował się coraz bliżej źródła światła, jakie rozlewało się po całej polanie. Kiedy stanął nad cudownym kwiatem, nie mógł oderwać od niego wzroku. Był to czerwony, rozchylony pąk ze złotym środkiem, z którego rytmicznie, jak gdyby były to rozchylone usta dziecka, wyfruwała niewielka ilość złocistego pyłku. Tomek wyciągnął dłoń i zerwał kwiat. W tej samej chwili z jego środka obficie zaczął sypać się pyłek. Osiadał on na całej polanie, a gdy pokrył już wszystko, uniesiony nagle przez gwałtowny wiatr, uformował się w kobiecą postać. Dziewczyna cała skrzyła się złotem i wydawało się, że kolejny podmuch wiatru rozsypie ją w pył. Na polanie znów jednak było cicho i bezwietrznie.
    - Witaj, młodzieńcze! – rzekła dziewczyna. – Zerwałeś kwiat paproci, spełnię więc jedno twoje życzenie. Czy chcesz poznać drogę do skarbów niezmierzonych? A może chciałbyś być wiecznie młody? Lub najmądrzejszy na świecie?
    Tomek patrzył na nią jak zaczarowany, a każde słowo dziewczyny powodowało, że w jego oczach pojawiały się błyski radości.
    - Pani! – rzekł do niej. – Pragnę tylko jednej rzeczy...
    - O co poprosisz, będzie twoje.
    - Mój przyjaciel, Czarkotowy, uchronił mnie dziś od zguby. Choć nie odwiódł mnie od wejścia do lasu, jestem mu winien życie. Moim życzeniem jest więc, by skończyła się jego kara i dusza nie musiała żyć już w ciele zwierzęcia.
    - Och! – cichy okrzyk zdziwienia wyrwał się z ust dziewczyny. – Niech się stanie! – powiedziała, a gdy skończyła zdanie, kolejny podmuch wiatru rozsiał ją po całej polanie.
    Tomek z bijącym sercem patrzył na to osobliwe zjawisko. Naraz złoty pył uniósł się nad ziemią i zaczął krążyć wokół chłopca. Ten chciał jeszcze zobaczyć, co dzieje się z Czarkotowym, pyłek jednak zaczął wpadać mu do oczu . Tomek złożył ręce w pięści i począł przecierać powieki. Kiedy otworzył oczy, spostrzegł, że leży we własnym łóżku. Dziadek siedział przy stole i jadł śniadanie.
    - A dzień dobry, Tomaszku! – rzekł ze śpiewnym akcentem.
    - Dzień dobry, dziadku. To już rano?
    - Toż to! A co by ni? Jużech na wsi boł!
    - I co ciekawego we wsi? – spytał Tomek zaspanych głosem.
    - Eee... Kwiota w nocy nie szukoli, bo pałaców na podwórzu nikt ni mo.
    - Czyli nic się nie wydarzyło?
    - No nic... Prócz tego, że kocur staryj Mańkowyj ucik. Znosz go, czorny taki...
    - Tak, dziadku, wiem który... – odpowiedział Tomek, wstał z łóżka i zaczął szykować się do śniadania.

    Barbara Kalsztyn

Opublikowano dnia: 2006-06-30 22:36:46
- - - REKLAMA - - -

Reklama





Partnerzy

Centrum Kształcenia Przedsiębiorców Leśnych
LKP Sudety
Koniczynka.org
Biolog.pl

Polecamy