PODZIW
Konkursy » Konkurs literacki "Leśna przygoda" » PODZIW
GODŁO: ZIELONY POPIÓŁ
W porze rdzewienia traw, gdy siniejący księżyc wpada do małego stawu pokrytego rzęsą, na zielonej, zmarszczonej powierzchni unosi się srebrzysto perłowa łuska poświaty.
Chwieją się sztywne, zbrązowiałe pałki tataraku. Wiatr przywleka suche liście dębów, grabów, klonów i buków… – miotane podmuchami długo się kołyszą, naraz płyną jak czółna, żeby chwilę później zniknąć ciemnym lustrze wody.
Wąska, kamienna, mchami zarośnięta ścieżka ciągnie się jasną nitką od stawu i rozpływa się za wiekową, zmurszałą, powaloną kłodą.
Jeszcze prostokąt wąskiego zagonu, jeszcze kolczaste pasmo ostrężnic i dalej już linia drzew, rudziejąca jesiennie, pełna szelestów, pisków i sekretnych pluśnięć śródleśnych strumieni. Las mieszany. Kraina poskręcanych korzeni, grzybów i wykrotów. Postrzępione, nad wyraz wysokie paprocie kurczą się i stroją w żółtawe kolory.
A chatki Myśliwego, wciśniętej w pasmo lasu płonącego złotem i purpurą, w porze rdzewienia traw nie sposób dostrzec, jadąc przed siebie hen!, pylastą, zakurzoną drogą.
Chwieją się sztywne, zbrązowiałe pałki tataraku. Wiatr przywleka suche liście dębów, grabów, klonów i buków… – miotane podmuchami długo się kołyszą, naraz płyną jak czółna, żeby chwilę później zniknąć ciemnym lustrze wody.
Wąska, kamienna, mchami zarośnięta ścieżka ciągnie się jasną nitką od stawu i rozpływa się za wiekową, zmurszałą, powaloną kłodą.
Jeszcze prostokąt wąskiego zagonu, jeszcze kolczaste pasmo ostrężnic i dalej już linia drzew, rudziejąca jesiennie, pełna szelestów, pisków i sekretnych pluśnięć śródleśnych strumieni. Las mieszany. Kraina poskręcanych korzeni, grzybów i wykrotów. Postrzępione, nad wyraz wysokie paprocie kurczą się i stroją w żółtawe kolory.
A chatki Myśliwego, wciśniętej w pasmo lasu płonącego złotem i purpurą, w porze rdzewienia traw nie sposób dostrzec, jadąc przed siebie hen!, pylastą, zakurzoną drogą.
* * *
Myśliwy tak naprawdę wcale nie jest żadnym myśliwym. Jeżeli nawet złapał kilka szaraków, upolował bażanta czy kuropatwę, było to bardzo dawno…
Nazywa się Jan Igła, ale o tym pamięta tylko jego siostra, Hanka Niemcowa , mieszkająca pobliskiej wiosce.
Dla miejscowych mężczyzna ten był, jest i będzie bezimiennym – po prostu…
Niemcowa pięć razy w tygodniu, gdzieś około dziewiątej, przyjeżdża na rowerze do brata . W blaszanej kance przywodzi mu zupę albo trochę gulaszem skropionych kartofli.
Drzwi są zawsze otwarte.
Stęka cicho i wzdycha, gdy gramoli się wolno po trzeszczących schodach, płosząc młode wiewiórki albo stadka wróbli. Potem krząta się, sprząta, coś pierze przy studni…
- Ten stary jest jak dziecko…Bez opieki – doprawdy niemowlę!- sarka, ale we wsi wiedzą , że to przecież nieprawda.
Myśliwy ma gdzieś ze sto lat i z wyglądu przypomina proroka – siwe włosy, brwi srebrne, krzaczaste, długa, biała broda…
Jednak zielona, drelichowa kurtka i przewieszona przez ramię dwururka, równie stara jak on, nie czyszczona od dawna i pewno nie pamiętająca ostatniego wystrzału, sprawiły, że nikt we wsi nie myśli o starcu inaczej, jak o myśliwym…Tym bardziej, że ktokolwiek wybrałby się do lasu, czy to za żurawinami, grzybami, czy tylko ot tak, pochodzić , pooddychać balsamicznym powietrzem, może mieć pewność, iż prędzej lub później znienacka się natknie na długi cień starca.
Zresztą… jak by nie patrzyć, niezwyczajny jest związek Myśliwego z naturą.
Bo choćby ta jego chatka – spróchniała , podparta sękatym i wprawdzie solidnym drągiem, ale taka… nietrwała i krucha – dawno powinna upaść, dawno wrastać w ziemię, przywdziać gęste kołnierze wszędobylskiego mchu, a ona, jakby ściskana w objęciach tych klonów, dąbczaków i buków, ciągle trwa i trwa…
Na wydeptanych stopniach pokrzywionych schodów jakże często figlują wiewiórki, ktoś kiedyś widział przed studnią żurawia…
Zaglądają tutaj nader chętnie sarny - najczęściej zimą – skubnąć siana z paśnika złączonego przemyślnie paroma śrubami z tylną ścianą stodoły.
Lecz najdziwniejsze jest to, że Myśliwy posiada własnego dzięcioła. A ten dzięcioł nazywa się Podziw.
Czy Myśliwy jest w chatce, co się zdarza dość rzadko – od razu wiadomo –wystarczy popatrzeć na ten stary orzech, który rośnie przed gankiem, albo uważnie powieść wzrokiem po wiekowym jesionie… Jeżeli widać ptaka, to zastanie się Jana. Zresztą czasem i patrzeć nie trzeba, bo ten Podziw wciąż stuka i puka !
Mówią we wsi – a to całkiem niezwykła historia ! – że najpierw Myśliwy uratował ptaka od niechybnej śmierci, a następnie dzięcioł się jemu …zrewanżował jak prawdziwy człowiek. Ponoć razu jednego, Myśliwy jak zwykle o wschodzie ruszył w las. Mówią, że z potężnym, wiklinowym koszem, bo był czas na maślaki…
Długo kluczył, wędrował szlakiem sobie jedynie wiadomym… czasem stawał, odsapnął bądź splunął, pewno coś tam pomruczał do siebie pod nosem…
Zmierzał w stronę terenów podtopionych przez bobry – lubił te partie lasu najbardziej, może jako że wiosną zalewała je wielka , błyszcząca żółtozłota powódź za sprawą łanowo rosnących grążeli, a możliwe, iż… z całkiem innych powodów…
Tak czy siak tam się wolno kierował, no, chyba że… do domostwa leśnika Pierona, z którym ciut się przyjaźni …?
Grząski grunt tężał na krótko właśnie o tej porze.
Szło akurat na burzę – było duszno, bezwietrznie, gorąco… Trawy, zioła i liście drzew omdlewały…
Słońce padało ostro, wciskało się mocno, bezwzględnie w nieruchome, zielone korony…
Może długo, ostrożnie przysiadał pod krzakiem leszczyny , nim się zwinął jak wąż w warstwie ściółki, może upadł gwałtownie, wyrywając palcami kępki srebrnych porostów…? - tego nie sposób dociec.
Powiadają , że to od gorąca; że wysiadło mu serce …
Mówią we wsi, iż tuż przed południem ptak Podziw wleciał naraz do chatki ,, myśliwskiej” , wprost do kuchni … Polatywał nad stołem , uderzał skrzydłami o sprzęty, o sufit…!
Przestraszona Niemcowa wybiegła na zewnątrz, za nią dzięcioł…
Kołował nad studnią… To przysiadał na płocie, to się zrywał do lotu. Prosto w las. Jakby chciał ja prowadzić!!!
Odlatywał, powracał… - tak w kółko.
Aż zdumiona Niemcowa pojęła, że COŚ mogło się zdarzyć. Że.. zdarzyło się właśnie!
Biegła, biegła bez tchu przez bezkresy paproci, popod dachem wielkiego, szumiącego domu, pachnącego kroplami żywicy, niepokoju i dreszczu…
Ciężko dysząc mijała leniwie się tlące zapowiedzią fioletu wąskie plamy wrzosu… Murszejące, tak dawno obumarłe pniska, sploty grubych korzeni…
Przystawała odsapnąć – naraz chwytał ją w macki mdlący zapach torfowisk… Przyciskała dłoń mocno do serca i znów biegła …
Podziw trzepał skrzydłami i prowadził…
Nie pamięta, jak parła przez las, nie pamięta jak , gdy go dostrzegła w gałęziach leszczyny – krzyknęła. Nie pamięta, że płacząc wracała, chwilami czołgając się z bratem wczepionym w jej barki.
Jęcząc wlokła go , wlokła i wlokła przez młodniki, wykroty…
Potem sił jej zabrakło – Jan się zrobił zupełnie bezwładny. Lecz rozwidnił się las – stary staw zamigotał…
Zostawiła go tuż przed zagonem…
Nie potrafi i tego przypomnieć sobie, jak się dostała do wioski.
Przyjechała karetka. Nim zabrali jej brata, spytał się sanitariusz: – Jak go pani znalazła w tej dziewiczej dżungli?
- Dzięcioł wskazał mi drogę… – odparła.
Śmiech stłumiony ją dobiegł, lub nie… - nie pamięta.
Lecz to było tak dawno… To już prawie legenda…
Lśni las, a chatka Myśliwego wygląda jak rzeźba ze soli.
Noc ponagla. I szybciej, wciąż szybciej przeplata się dzień z mroźną nocą.
Czasem dzieci przychodzą ,żeby usiąść przy studni, znieruchomieć, cierpliwie poczekać, bo nuż naraz sarny przybiegną…
Jeszcze wiosna nie czai się w śniegu. Jeszcze nawet nie myśli się wykluć pierwiosnkami , zażółcić kaczeńców obłokiem…
Jeszcze prószy i prószy , a ziemia owija się szalem ze srebra.
Wieś za drogą przysiadła w białych, lodowych chustach i śni sen o tęczowym wschodzie…
Dym z kominów się snuje wyraźnie.
Zasypało tę wąziutka drogę do lasu…
Wkrótce przyjdzie znów pora roztopów i stary Myśliwy wyruszy na łów wyobraźni – las wybuchnie zielenią, a kaczka zakwacze.
Długie cienie splatają się w czarne warkocze… W czarne, dziwne, widmowe warkocze…
Nazywa się Jan Igła, ale o tym pamięta tylko jego siostra, Hanka Niemcowa , mieszkająca pobliskiej wiosce.
Dla miejscowych mężczyzna ten był, jest i będzie bezimiennym – po prostu…
Niemcowa pięć razy w tygodniu, gdzieś około dziewiątej, przyjeżdża na rowerze do brata . W blaszanej kance przywodzi mu zupę albo trochę gulaszem skropionych kartofli.
Drzwi są zawsze otwarte.
Stęka cicho i wzdycha, gdy gramoli się wolno po trzeszczących schodach, płosząc młode wiewiórki albo stadka wróbli. Potem krząta się, sprząta, coś pierze przy studni…
- Ten stary jest jak dziecko…Bez opieki – doprawdy niemowlę!- sarka, ale we wsi wiedzą , że to przecież nieprawda.
Myśliwy ma gdzieś ze sto lat i z wyglądu przypomina proroka – siwe włosy, brwi srebrne, krzaczaste, długa, biała broda…
Jednak zielona, drelichowa kurtka i przewieszona przez ramię dwururka, równie stara jak on, nie czyszczona od dawna i pewno nie pamiętająca ostatniego wystrzału, sprawiły, że nikt we wsi nie myśli o starcu inaczej, jak o myśliwym…Tym bardziej, że ktokolwiek wybrałby się do lasu, czy to za żurawinami, grzybami, czy tylko ot tak, pochodzić , pooddychać balsamicznym powietrzem, może mieć pewność, iż prędzej lub później znienacka się natknie na długi cień starca.
Zresztą… jak by nie patrzyć, niezwyczajny jest związek Myśliwego z naturą.
Bo choćby ta jego chatka – spróchniała , podparta sękatym i wprawdzie solidnym drągiem, ale taka… nietrwała i krucha – dawno powinna upaść, dawno wrastać w ziemię, przywdziać gęste kołnierze wszędobylskiego mchu, a ona, jakby ściskana w objęciach tych klonów, dąbczaków i buków, ciągle trwa i trwa…
Na wydeptanych stopniach pokrzywionych schodów jakże często figlują wiewiórki, ktoś kiedyś widział przed studnią żurawia…
Zaglądają tutaj nader chętnie sarny - najczęściej zimą – skubnąć siana z paśnika złączonego przemyślnie paroma śrubami z tylną ścianą stodoły.
Lecz najdziwniejsze jest to, że Myśliwy posiada własnego dzięcioła. A ten dzięcioł nazywa się Podziw.
Czy Myśliwy jest w chatce, co się zdarza dość rzadko – od razu wiadomo –wystarczy popatrzeć na ten stary orzech, który rośnie przed gankiem, albo uważnie powieść wzrokiem po wiekowym jesionie… Jeżeli widać ptaka, to zastanie się Jana. Zresztą czasem i patrzeć nie trzeba, bo ten Podziw wciąż stuka i puka !
Mówią we wsi – a to całkiem niezwykła historia ! – że najpierw Myśliwy uratował ptaka od niechybnej śmierci, a następnie dzięcioł się jemu …zrewanżował jak prawdziwy człowiek. Ponoć razu jednego, Myśliwy jak zwykle o wschodzie ruszył w las. Mówią, że z potężnym, wiklinowym koszem, bo był czas na maślaki…
Długo kluczył, wędrował szlakiem sobie jedynie wiadomym… czasem stawał, odsapnął bądź splunął, pewno coś tam pomruczał do siebie pod nosem…
Zmierzał w stronę terenów podtopionych przez bobry – lubił te partie lasu najbardziej, może jako że wiosną zalewała je wielka , błyszcząca żółtozłota powódź za sprawą łanowo rosnących grążeli, a możliwe, iż… z całkiem innych powodów…
Tak czy siak tam się wolno kierował, no, chyba że… do domostwa leśnika Pierona, z którym ciut się przyjaźni …?
Grząski grunt tężał na krótko właśnie o tej porze.
Szło akurat na burzę – było duszno, bezwietrznie, gorąco… Trawy, zioła i liście drzew omdlewały…
Słońce padało ostro, wciskało się mocno, bezwzględnie w nieruchome, zielone korony…
Może długo, ostrożnie przysiadał pod krzakiem leszczyny , nim się zwinął jak wąż w warstwie ściółki, może upadł gwałtownie, wyrywając palcami kępki srebrnych porostów…? - tego nie sposób dociec.
Powiadają , że to od gorąca; że wysiadło mu serce …
Mówią we wsi, iż tuż przed południem ptak Podziw wleciał naraz do chatki ,, myśliwskiej” , wprost do kuchni … Polatywał nad stołem , uderzał skrzydłami o sprzęty, o sufit…!
Przestraszona Niemcowa wybiegła na zewnątrz, za nią dzięcioł…
Kołował nad studnią… To przysiadał na płocie, to się zrywał do lotu. Prosto w las. Jakby chciał ja prowadzić!!!
Odlatywał, powracał… - tak w kółko.
Aż zdumiona Niemcowa pojęła, że COŚ mogło się zdarzyć. Że.. zdarzyło się właśnie!
Biegła, biegła bez tchu przez bezkresy paproci, popod dachem wielkiego, szumiącego domu, pachnącego kroplami żywicy, niepokoju i dreszczu…
Ciężko dysząc mijała leniwie się tlące zapowiedzią fioletu wąskie plamy wrzosu… Murszejące, tak dawno obumarłe pniska, sploty grubych korzeni…
Przystawała odsapnąć – naraz chwytał ją w macki mdlący zapach torfowisk… Przyciskała dłoń mocno do serca i znów biegła …
Podziw trzepał skrzydłami i prowadził…
Nie pamięta, jak parła przez las, nie pamięta jak , gdy go dostrzegła w gałęziach leszczyny – krzyknęła. Nie pamięta, że płacząc wracała, chwilami czołgając się z bratem wczepionym w jej barki.
Jęcząc wlokła go , wlokła i wlokła przez młodniki, wykroty…
Potem sił jej zabrakło – Jan się zrobił zupełnie bezwładny. Lecz rozwidnił się las – stary staw zamigotał…
Zostawiła go tuż przed zagonem…
Nie potrafi i tego przypomnieć sobie, jak się dostała do wioski.
Przyjechała karetka. Nim zabrali jej brata, spytał się sanitariusz: – Jak go pani znalazła w tej dziewiczej dżungli?
- Dzięcioł wskazał mi drogę… – odparła.
Śmiech stłumiony ją dobiegł, lub nie… - nie pamięta.
Lecz to było tak dawno… To już prawie legenda…
* * *
W porze siwienia drzew, w lustrze śpiącego stawu bezczelnie przegląda się księżyc.
Śnieg się mieni. Lśni las, a chatka Myśliwego wygląda jak rzeźba ze soli.
Noc ponagla. I szybciej, wciąż szybciej przeplata się dzień z mroźną nocą.
Czasem dzieci przychodzą ,żeby usiąść przy studni, znieruchomieć, cierpliwie poczekać, bo nuż naraz sarny przybiegną…
Jeszcze wiosna nie czai się w śniegu. Jeszcze nawet nie myśli się wykluć pierwiosnkami , zażółcić kaczeńców obłokiem…
Jeszcze prószy i prószy , a ziemia owija się szalem ze srebra.
Wieś za drogą przysiadła w białych, lodowych chustach i śni sen o tęczowym wschodzie…
Dym z kominów się snuje wyraźnie.
Zasypało tę wąziutka drogę do lasu…
Wkrótce przyjdzie znów pora roztopów i stary Myśliwy wyruszy na łów wyobraźni – las wybuchnie zielenią, a kaczka zakwacze.
Długie cienie splatają się w czarne warkocze… W czarne, dziwne, widmowe warkocze…
Opublikowano dnia: 2006-06-07 16:36:41

wyślij newsa





